Wygenerowano:
02.11.2017
18:17:38

Przejdź do spisu książek
Wygenerowano programem:
Q-Księgozbiór 3000





Ostatnia walka

( Zumbach, Jan )

Spis cytatów dla wybranej książki

Strona Treść cytatu Słowa kluczowe / uwagi
21 Teraz pułkownik mówił już bez osłonek. Natomiast wyczułem u niego ową, tak typową dla poznanych wcześniej przywódców afrykańskich, bałamutną niecierpliwość. Reakcją moją na to było uzbrojenie się w typową dla lotników cierpliwość; każdy lotnik wie bowiem, iż jest ona najlepszym środkiem prowadzącym szybko do celu. nadążność



34 W następnych dniach zdarzenia potoczyły się w sposób dla mnie nieoczekiwany. Rzeczywiście, nie trwało długo, gdy Ojukwu historię bombardowania napisał na nowo. Podczas gdy w pierwszej wersji zdarzeń byłem śmiałym bohaterem, który wprawił w przerażenie nigeryjski sztab generalny, to w drugiej wersji, która zaczęła kursować już następnego dnia, czołową rolę przy przeprowadzeniu niebezpiecznego zadania odegrała biafrańska, złożona z dzielnych patriotów, załoga, mająca za nic niebezpieczeństwo utraty życia! Później pojawiła się jeszcze trzecia wersja, przypisująca śmierć nigeryjskiego szefa sztabu akcji biafrańskich komandosów, którym udało się wysadzić śmigłowiec w powietrze jeszcze przed jego startem!

Pragnienie przypisania głównej roli w akcji tubylcom wynikało oczywiście z przesłanek politycznych i psychologicznych: okazję tę należało wykorzystać dla podniesienia bojowego morale ludności, najlepiej służyło temu przedstawienia przykładu bezprzykładnej odwagi ziomków. Takie moralne oddziaływanie dla mobilizacji energii narodu byłoby znacznie utrudnione przy równoczesnym głoszeniu chwały takiego Mister Browna, będącego cudzoziemcem i w dodatku białym. W utrwaleniu tej legendy postanowiłem go popierać, jako że na nadmiernej reklamie mojej osoby wcale mi nie zależało.

media

historycy

mitologia polityczna



52 Teraz dyscyplina wzrosła o jeden stopień. Wstawaliśmy o czwartej rano i do południa wykonywaliśmy loty szkolne. Po obiedzie mieliśmy krótki czas na odpoczynek, po czym znów wracaliśmy do kabin. Dopiero w wiele lat później stało się dla mnie jasne, że to właśnie ta dęblińska szkoła - wyczerpujący tryb życia, w połączeniu z żelazną dyscypliną - pozwoliła łatwiej pokonywać napotykane trudności i nawet śmiać się, wzruszając ramionami, w obliczu przykrości. Wierzę głęboko, że owe cztery lata, jakie spędziłem w Wojsku Polskim, opancerzyły mnie na całe życie. trening



97 Doleciałem do Northolt. Dwie minuty po mnie lądowały jeszcze dwa Hurricane. Potem nie wrócił już nikt. Musieliśmy czekać około dwu godzin, zanim zamknięty został bilans dnia. Czterem naszym zestrzelonym pilotom udało się uratować na spadochronach, wśród nich naszemu polskiemu dowódcy eskadry majorowi Zdzisławowi Krasnodębskiemu. Miał on niewyobrażalne szczęście: ciężko poparzony wylądował na spadochronie prosto na dziedzińcu szpitala, specjalizującego się w leczeniu oparzeń. Przebywał w nim trzy miesiące i został uratowany. przypadek



182 Bo o mnie moi klienci wiedzieli tylko tyle, że mam szczęście w interesach i że jestem współwłaścicielem kwitnącego lotniczego przedsiębiorstwa taksówkowego. No i to, że mam kilka działek w Tangerze. Oraz kieszenie pełne forsy. Rzeczywistość była znacznie mniej krzepiąca. Rok 1949 był bowiem jak wiejska droga – pełen wybojów i zasrany. Matrix



202 Istniało tylko jedno niebezpieczeństwo: że złoty sukces nas uśpi. Gra - elementy charakterystyczne



236 – Jestem o tym w pełni przekonany – odpowiedziałem z całą powagą. – Będziemy starali się rzecz przyspieszyć, ale i pan musi nam w tym pomóc.
Na czole męża stanu pokazały się zmarszczki zatroskania, widać było, że problem, jaki mu zaprezentowałem, przerzuciłby chętnie na kogoś innego. Postanowiłem pognębić go jeszcze bardziej.
– Wie pan, panie Boraz, gdy dzisiaj rano znalazłem się u prezydenta, sądziłem, że odbędziemy z nim poważną naradę. Pański szef odprawił mnie po pięciu minutach, a czekałem na audiencję dwie godziny. Tego bardzo nie lubię... Zaprezentowałem mu w skrócie problem i odniosłem wrażenie, że decyzję podjął od razu, na miejscu. Teraz zaś widać, że opóźnienie jest nieuniknione, bo, jak sam pan mówi, niezbędne jest przedłożenie prezydentowi planu transportu, który opracować mamy ja i Renaud Desners. Ponieważ dotychczas w jego biurze o tym mowy nie było, odnosiłem wrażenie – dodałem obłudnie – że pan ma to już wszystko dawno opracowane, a nam pozostaje tylko realizacja.
(Naprzód, dzielny urzędniku, broń swego szefa, przeproś za niego, podaj wasze motywy...). Boraz dał się złapać na lep.
– Wie pan, panie pułkowniku, pan prezydent Czombé nie może się zajmować takimi detalami. Co więcej, nie możemy i my, którzy tu z nim jesteśmy... Dlatego zwróciliśmy się do pana, do jednego ze specjalistów... My tu jesteśmy zajęci prowadzeniem pertraktacji z bankami szwajcarskimi; pochłania to nasz cały czas.
(Brawo, młody człowieku. Teraz wreszcie wiem, co przygnało tu Wielkiego Czarownika. Pertraktacje z bankami Szwajcarii. No tak, Czombé dystansuje się od Belgów, nie ma zamiaru pozwalać im na wszystko... Dlatego między innymi nie żąda od nich, aby zajęli się jego flotą powietrzną... Jeśli ja wezmę to do rąk, w belgijskich kręgach nie będę notowany zbyt wysoko... Jeszcze jeden powód, aby podejmowane przeze mnie ryzyko było lepiej opłacone).
– Niech mi pan wierzy, panie Boraz – zakończyłem – że pojmuję pana problemy doskonale. Zajmiemy się tym transportem, ale pan, dla przyspieszenia sprawy postara się o szybkie uruchomienie niezbędnych środków finansowych. Zgoda?
– W porządku – odpowiedział młody technokrata skwapliwie i z wyraźną ulgą; zdawał sobie sprawę, że groziły mu tarapaty, z których nie bardzo wiedział jak miałby wybrnąć. – Wystarczy, jeśli dostarczy mi pan z wyprzedzeniem kalkulację kosztów transportu.
Matrix



Świetny przykład tego jak o jednym się mówi ale myśli się zupełnie o czymś innym. Część 3 cytatu.
236 Na twarzy Boraza pojawił się szeroki uśmiech. Odpowiedział: – Prezydent Czombé jest zdania, że w kategoriach gospodarczych bezpieczeństwo i przyszłość Katangi zależą od współpracy z tymi przedsiębiorstwami Europy, które gotowe są respektować niezawisłość kraju. Jest to wspólna polityka parlamentu, rządu i prezydenta. Tak więc, jak długo Union Miniere, inne przedsiębiorstwa i belgijscy doradcy będą Katangę popierać, porozumienia z nimi nie zakłóci nic... Jako finansowy doradca rządu katangijskiego – bo w tym właśnie charakterze jestem przydzielony do prowadzonego przez Monsieur Dominique'a Diura szefa ministerstwa finansów – uważam ten układ za całkowicie prawidłowy. My, europejscy specjaliści, jesteśmy w Katandze bardzo wysoko cenieni – powinien pan o tym wiedzieć. Jeśli pan zechce, będzie się pan mógł o tym przekonać osobiście... (Niech się pan nie martwi, panie Boraz, że do tej pory jeszcze nie podpisałem kontraktu... Już się zdecydowałem. Odbędę małą wyprawę do Afryki... Za trzy tysiące dolarów miesięcznie to się opłaci. Poza tym, będzie to dla mnie mała odmiana – po codziennych kontaktach ze śledziami z sałatką ziemniaczaną i ogłuszającą muzyką pop...).
– Sądzę – powiedziałem – że okazję do tego stworzy dostawa samolotów... Pozwoli pan jednak, panie Boraz, że zadam mu dwa czysto praktyczne pytania: po pierwsze, jaki typ samolotów będzie przedmiotem transportu, gdzie w tej chwili znajdują się te samoloty i ile ich jest? (W rzeczywistości, drogi panie doradco finansowy, typ płatowców, ich liczba i obecnie miejsce ich pobytu zupełnie mnie nie interesują, żadna z tych spraw nie stanowi problemu. Latam na wszystkim co ma silnik, skrzydła i fotel, na którym mogę oprzeć swój tyłek. To co mnie interesuje, zawarte jest w drugim pytaniu).
– Po drugie: kto będzie odpowiedzialny za finansowanie przelotu i za opłacanie mojej pracy w Katandze? To samo pytanie odnosi się również do pilotów, których mam zwerbować. (Chyba nie myślisz, przyjacielu, że koszty hoteli, podróży i innych spraw będę pokrywać z własnej kieszeni? O tych sprawach w kontrakcie nie ma ani słowa, będziesz więc musiał go uzupełnić. A w dalszej kolejności porozmawiamy jeszcze o ryzyku wypadkowym, i to w kategoriach bardzo okrągłych liczb...).
Twarz Boraza rozjaśniła się uśmiechem zadowolenia. – Sprawia mi radość, panie pułkowniku, że przeszedł pan do omawiania rzeczy praktycznych. Czasu pan nie trwoni. A więc, co do samolotów: kupiliśmy właśnie sześć Harvardów T-6. Dwa z nich znajdują się na lotnisku w Genewie, inne dolecą tam w najbliższym czasie. Samoloty te należy przerzucić tu jak najszybciej. W Elisabethville będzie pan mieć do dyspozycji samochód i willę. Co do sposobu pokrywania wydatków ponoszonych przez pana i jego pilotów, ustalimy to przy okazji organizacji transportu. Zgoda?
(Ten biały brat katangijskich czarnych wcale nie jest taki głupi. Płacić będzie, ale na raty). – Zgoda – potwierdziłem. – Z Genewy do Elisabethville jest ponad dziesięć tysięcy kilometrów. Będziemy musieli lecieć etapami. Harvardy T-6 znam bardzo dobrze. Są to wspaniałe samoloty szkolne, które dostosować można również do różnego typu działań bojowych. Dla startów i lądowań potrzebują krótkich pasów, nie można od nich jednak wymagać wykonywania długich lotów.
(Jedno pytanie nasuwało mi się nieodparcie na usta: czy prezydent Czombé przybył do Genewy wraz z całą rzeszą doradców i haremem tylko po to, aby kupić tu sześć amerykańskich szkolnych samolotów z demobilu? Nie odważyłem się jednak sondować w tej sprawie Boraza ani otwarcie postawić tego pytania).
– Co się tyczy technicznych szczegółów transportu, panie pułkowniku, powinien je pan rozstrzygnąć w bezpośrednich rozmowach z panem Renaudem Desnersem. Sposób realizacji transportu pozostawiamy więc do decyzji pana. Na sfinansowanie kosztów podróży, gdy tylko przedstawi pan jej plan, zostanie wypłacona niezbędna zaliczka. Oczywiście – dodał szybko – po zatwierdzeniu planu przez prezydenta.
(Ten Boraz to jednak bystra głowa. Widać przecież, że do tej pory nie myślał ani przez moment o złożoności transportu samolotów na tak wielką odległość, ale odpowiada tak, jakby do dyskusji na ten temat był przygotowany dogłębnie. Odpowiedzialność za sprawę przerzuca na nas, Renauda i mnie, a co do forsy, zasłania się prezydentem...).
– Myślałem – odparłem z miną niewiniątka – że plany lotu ze Szwajcarii do Katangi są już dawno gotowe. Szkoda, że tak nie jest. Z pewnością opóźni to odlot.
(Mam cię, mój kochany doradco! Powiedz swojemu szefowi, tej małpie, że jeśli nie uruchomi swojego długopisu, samoloty pozostaną tu na dłużej. Ja jestem gotów sprawę załatwić, ale nie w oparciu o obietnice, nawet jeśli będą zakrapiane Chambertinem najlepszego rocznika. Przysłano Cię tu przecież, abyś osiągnął określony cel, czyż nie?)
Boraz uniósł się.
– Opóźnić odlot? To w ogóle nie wchodzi w rachubę, panie pułkowniku! Sprawa jest bardzo pilna!
Matrix



Świetny przykład tego jak o jednym się mówi ale myśli się zupełnie o czymś innym. Część 2 cytatu.
236 Wynagrodzenie moje miało wynosić trzy tysiące dolarów miesięcznie, z tym, że wynosząca trzykrotną wartość tej kwoty zaliczka za trzy pierwsze miesiące miała być wpłacona na wskazane przeze mnie konto natychmiast po podpisaniu kontraktu. Był to kontrakt najemnika! Nie wyjąłem swego wiecznego pióra z kieszeni. Jasiu, zastanów się! Tu idzie o coś dużo więcej, niż tylko transport samolotów! Cały przebieg sprawy dawał zresztą dużo do myślenia. Jeśli przez cały czas tytułują człowieka panem pułkownikiem to dają tym samym do zrozumienia, że rozmawiają z wojownikiem, czyż nie tak? Delikatna sprawa, nieprawda? Z drugiej strony – ta klauzula o ostatnich dyspozycjach, z którymi miałem zetknąć się na miejscu... Tak, ta klauzula jest na tyle niejasna, że ciągle stwarza możliwość, w razie potrzeby, powiedzieć dziękuję i wycofać się. A więc, porozmawiajmy najpierw z Jeanem-Claudem Borazem. Wygląda przecież sympatycznie. Wykorzystałem czas, kiedy kelner ustawiał na naszym stoliku butelki, kieliszki, talerze i sztućce, i możliwie długo trzymałem nos wetknięty w kontrakt. Skończywszy przedstawienie z dogłębnym studiowaniem dokumentu udałem, że sięgam po wieczne pióro, ale w pewnym momencie jakbym zorientował się, że na stoliku nie ma miejsca na rozłożenie papierów i ich wygodne podpisanie. Nadal robiąc wrażenie, że sprawa jest właściwie już załatwiona, odłożyłem kontrakt na bok i powiedziałem:
– Niech mi pan, drogi panie Boraz, opowie coś więcej o Katandze. Wie pan, o tym kraju wiem na razie tylko tyle, co można przeczytać w gazetach...
– Ależ oczywiście, panie pułkowniku, z największą przyjemnością – zapewnił mnie Boraz.
I zaczął wykład o sytuacji Katangi, oszczędzając mi – na szczęście – paplaniny ideologicznej, z góry słusznie zakładając, że i tak by mnie ona nie przekonała.
– Jak pan wie, od 1960 roku Kongo nie należy już do Belgii – zaś Katanga, poprzednio prowincja Konga, nie chce nadal być jego częścią. Monsieur Czombé wygrał wybory, w lipcu 1960 ogłosił secesję prowincji od Konga i niepodległość Katangi. Z początkiem 1961, aby zgnieść rebelię i przywrócić jedność kraju, kierowany przez Lumumbę centralny rząd w Leopoldville zaatakował Katangę. Ponieważ jednak siły rządu centralnego okazały się zbyt słabe, zwrócił się on, korzystając z poparcia wielkich mocarstw, o pomoc do ONZ. Armia żandarmów Monsieur Czombégo i sprzymierzone z nim plemiona pokonały jednak nordystów (panów Lumumby i Kasawubu); następstwem tego było to, że panowie z ONZ zostali zmuszeni do podpisania w stolicy Katangi, Elisabethville, porozumienia z rządem Monsieur Czombégo. Tak wygląda, w największym skrócie, przebieg spraw do dziś, czyli do stycznia 1962 r.
– Teraz mamy pokój, a raczej zawieszenie broni. Ponieważ jednak, zdaniem prezydenta, sytuacja jest daleka od stabilizacji, uważa on, że musi mieć w dyspozycji siły powietrzne, zdolne do utrzymania agresorów z północy w szachu. Każdy jest bowiem świadom, że z zamiarów swoich nie zrezygnują. Rozumie pan, panie pułkowniku, Katanga jest bogata, Kongo zaś biedne. W Katandze znajdują się złoża minerałów o wielkiej wartości, a nade wszystko kopalnie miedzi. Bogactwa te Kongolańczycy z północy chcą odzyskać. Chcą oni zmusić Katangę, aby finansowała budżet całego kraju. Jest to chyba sprawa jasna, nieprawda?
– O, tak, bezspornie – zgodziłem się z Borazem. – Jak rozumiem, Monsieur Czombé bierze pod uwagę ryzyko wojny z Kongiem – i z ONZ?
Boraz z uśmiechem potrząsnął głową:
– Na szczęście sytuacja nie jest aż tak poważna. W chwili obecnej jesteśmy przekonani, że armia Katangi, wspierana pomocą kilku tuzinów, może setki europejskich techników będzie w stanie wzbudzić wobec siebie respekt.
(Pomyślałem sobie – facet jest niewątpliwie sympatyczny, ale ma mnie za durnia. Szef jego kupuje samoloty bojowe, a ja mam uwierzyć, że nie są one przeznaczone do wojny).
Ciągnąłem dalej:
– Czytam w gazetach, że w Katandze odnotowano już dziesiątki tysięcy zabitych i że w chwili obecnej ma się tam do czynienia tylko z pewnego rodzaju zawieszeniem broni, nota bene respektowane w buszu przez mało kogo. Czytam również, że w Katandze jest obecnych bardzo dużo oficerów belgijskich, którzy mają tam chronić interesy Union Miniere i innych wielkich organizacji przemysłowych. Czy to prawda?
Matrix



Świetny przykład tego jak o jednym się mówi ale myśli się zupełnie o czymś innym. Część 1 cytatu.
249 Pamiętaliśmy jednak, że w lotnictwie kark łamie się tylko wtedy, gdy wszystko funkcjonuje idealnie. Gra - elementy charakterystyczne



267 Miałem jednak świadomość, że cała ta historia z najróżniejszym sprzętem wojskowym i wyposażeniem jest interesująca przede wszystkim dla Pana Kasy, no i, oczywiście, dla jego ministra finansów Diura. Tylko bowiem takie transakcje stwarzały możliwość wyciągnięcia z państwowej kasy, którą zarządzali, znaczniejszych kwot – i uzyskania prowizji od jakże mi dobrze znanych dostawców z Paryża, Genewy, Antwerpii i Lizbony. Prezydent ściągnął mnie tu tylko dlatego, aby mój świeżo zdobyty prestiż wykorzystać dla poparcia jego projektów. Jakiekolwiek by nie zapadło postanowienie, to była w końcu ich sprawa, nie moja.
Czombé wymyślił jednak fortel, którym przeciągnął na swoją stronę wahających się ministrów.
– Moi panowie, jeśli nie podejmiemy niezbędnego wysiłku, zrobią to nasi wrogowie w Leopoldville! Są przebiegli jak mało kto, sprzątną nam specjalistów sprzed nosa, jeśli przezornie nie zapewnimy sobie ich wcześniej! I w ten sposób demonstrowane tu niezdecydowanie może, w godzinie niebezpieczeństwa, przynieść zgubę naszej ojczyźnie!
władza



277 Bez najmniejszych zahamowań, zupełnie nie przejmując się moją obecnością, zawarli na moich oczach porozumienie o imporcie dziesięciu tysięcy angielskich hełmów. Kupowane były jako demobil w cenie pięciu szylingów za sztukę a sprzedawane skarbowi Katangi po funcie szterlingu sztuka. Po podziale dawało to zysk dla każdego partnera ponad siedmiu tysięcy funtów! Dodać trzeba, że w tropiku hełmy te były praktycznie nie do użycia, chyba, że ktoś chciałby mózgi biednych czarnych ugotować na miękko. władza

GWG - Gra w grupie (PNWS)



359 W Paryżu i Zurychu dosłownie aż się roiło od młodych, eleganckich Biafrańczyków przysłanych tu w różnych oficjalnych misjach. Polegały one głównie na zakupywaniu, na rachunek kraju, najróżniejszych materiałów. Ludzie ci byli początkowo klientami małych hotelików w Quartier Latin, szybko jednak, bo najczęściej po tygodniu, znajdowali drogę do najdroższych hoteli – w Paryżu były to „Meurice”, „George V” i „Crillon”, zaś w Zurychu „Baur au Lac” – oraz do najbardziej ekskluzywnych nocnych lokali i barów, w których spędzali czas w otoczeniu przepięknych, uwodzicielskich damulek. Z niektórymi z tych reprezentantów Biafry spędziłem kilka bardzo miłych wieczorów; bez zmrużenia powieki płacili rachunki opiewające na tysiące nowych franków – a potem cały następny dzień spędzali w swych apartamentach w objęciach chwilowych zdobyczy.

Jestem daleki od tego, aby udawać chodzącą cnotę. W życiu trzeba mieć trochę przyjemności. Ale nie wolno zapominać o obowiązkach i powierzonej sobie robocie. Patrząc więc na tych czarnych playboy'ów myślałem o ich rodakach, którzy z podziwu godnym patriotycznym samozaparciem walczyli w buszu...

Owi poznani przeze mnie próżniacy w oficjalnej delegacji, mieli swoje biuro w Paryżu, w domu nr 33 przy Rue Galilée. Kiedyś tam zaszedłem. Tabliczka u wejścia nosiła napis Biafran Historical Research Institute! Czyżbym się mylił? A więc nie byli to ludzie oddani uciechom życia, lecz historycy prowadzący w pocie czoła w Paryżu studia nad dziejami swego kraju?

Na podjeździe stały rzędem piękne samochody: Jaguary, Porsche, Triumphy. Te błyszczące chromem sportowe wozy należały do zapracowanych historyków. Ciekawe, jakie materiały, prócz tych luksusowych pojazdów, kupowali jeszcze dla swego kraju? Kilka samochodów ciężarowych, pewną ilość wybrakowanych pistoletów maszynowych, butów wojskowych i plecaków – dla żołnierzy, którzy najchętniej chodzili boso, a najcięższe nawet ładunki woleli dźwigać na głowie! Później doszło do mnie, że historycy mieli też udziały w pralniach i przedsiębiorstwach taksówkowych. Ci młodzi ludzie, daleko od ojczyzny, wyraźnie myśleli o zabezpieczeniu sobie przyszłości... Widziałem w moim życiu wielu drani, ale ci budzili we mnie szczególny wstręt. Wygłaszali patriotyczne przemowy, tak wzruszając słuchaczy, że ci otwierali przed nimi swe portfele – a następnie urządzali sobie, za uzyskane pieniądze, fikołki z laleczkami w łóżku. Były to koszty uzysku, obciążające konto czarnego państwa. Imponujące cuda miały też miejsce na rachunkach za materiały zakupywane dla Biafry. Używany samochód GMC, nabyty za dwieście dolarów, sprzedawany był państwu za dwa tysiące – państwu tak przez tych drani bronionym żarliwą elokwencją!

wojna

Matrix

GWG - Gra w grupie (PNWS)

politycy

!! - super cytat