Wygenerowano:
06.09.2018
08:54:42

Przejdź do listy słów kluczowych
Wygenerowano programem:
Q-Księgozbiór 3000





Matrix

Spis cytatów ze względu na słowo kluczowe

Fałszywy obraz rzeczywistości tworzony w naszych mózgach przez zjawiska wynikające z barier obiektywnej obserwacji i barier przetwarzania informacji.
Treść Tytuł Autor(zy) Ident / Data wpisu
Ja wiem, że kłamstwo jest naturalnym ewolucyjnym przystosowaniem człowieka. Wykształciliśmy metody ukrywania, doskonalenia kłamstwa jak i metody jego wykrywania. Nawet w pewnych sytuacjach tak wierzymy w swoje kłamstwo, że zaczynamy je traktować jak prawdę bo wtedy nam łatwiej je ukryć. Kłamią wszyscy i zawsze - no czasami tylko ukrywają prawdę. Jedynymi sposród Homo sapiens, którzy nie kłamią są... dzieci autystyczne.

Tyle tylko, że jedni kłamią mniej, a inni więcej.

_6

12.01.2009
Dalej generał armii Moskowski podał, że w czasie wojny radziecki przemysł wyprodukował 490 tysięcy dział...
Geneza tego jest następująca: w latach 60.XX wieku ta liczba była oficjalna. Właśnie ją umieścił Żukow w „najprawdziwszej książce o wojnie”. W 1974 roku Żukow zmarł, a liczbę w tym czasie podano inną: w czasie wojny radziecki przemysł wyprodukował nie 490 tysięcy dział i moździerzy wszystkich kalibrów, a 825 tysięcy. Różnica, jak widać, nie jest mała 335 tysięcy. Jedna trzecia miliona. Równocześnie zostały zweryfikowane liczby produkcji samolotów, czołgów i innego uzbrojenia. Nową liczbę wpisano do „Radzieckiej encyklopedii wojskowej”. I pod tym podpisali się marszałek Związku Radzieckiego A. Grieczko, admirał marynarki Związku Radzieckiego S. Gorszkow, główny marszałek lotnictwa P. Kutachow, generałowie armii A. Jepiszew, S. Iwanow, N. Okarkow, I. Pawłowski, I. Szawrow, I. Szkadow, cały pluton generałów pułkowników, półtora legionu uczonych, profesorów i doktorów.
Co miał zrobić zmarły Żukow? Czy nadal upierać się przy błędnych, ewentualnie zaniżonych liczbach, podsuniętych mu przez czyjąś wrogą dłoń? Oczywiście, że nie! Zmarły Marszałek Zwycięstwa natychmiast zdecydowanie naprawił swój błąd. A żeby nie powstały żadne niepożądane dyskusje, pojawił się i przypisik: wzięto tę liczbę nie z sufitu, a z „Radzieckiej encyklopedii wojskowej”, Wojenizdat, Moskwa 1976, tom 2, s.66.
Jest to jeszcze jeden przykład przebudzenia się pamięci zmarłego wodza.

Problem generała armii Maskowskiego polega na tym, że myśli on wedle pierwszego wydania pamiętników Żukowa. A czas leci. Nikt nie dyskutuje, w swoim czasie pierwsze wydanie „Wspomnień i refleksji” było najprawdziwszą książką o wojnie. Ale pozostawało nią bardzo krótko. Do momentu aż ukazało się drugie wydanie, które całkowicie obalało pierwsze. A potem ukazało się trzecie wydanie, które obaliło pierwsze dwa. Pamiętniki Żukowa są dobre pod tym względem, że w każdej chwili są całkowicie zgodne z oficjalną linią dnia dzisiejszego. Pojawiają się nowe fakty, nowe interpretacje historii, nowe dokumenty i liczby, zgodnie z nimi zmieniają się poglądy Żukowa. Generał armii Moskowski nie zrozumiał prostej prawdy: „Wspomnienia i refleksie” są podstawą wszystkiego. Ale powoływać się trzeba nie na pierwsze z brzegu wydanie, ale tylko na to, które w chwili obecnej jest ostatnie. Teraz obowiązuje trzynaste wydanie. I tylko ono może być uważane za najprawdziwszą książkę o wojnie. Wszystkie poprzednie to majaczenie, brednie i kłamstwa. Zmarły Żukow idzie z duchem czasu, a żyjący generał Moskowski za szybko zmieniającymi się poglądami Marszałka Zwycięstwa nie nadąża.

Ostatnia defilada Suworow, Wiktor 9788375102291:63

14.04.2009
W trakcie wojny kilka tysięcy dzieci hiszpańskich komunistów przewieziono do Związku Radzieckiego. Przygotowywano z nich bojowników tajnego frontu. To szczególnie duży i okropny temat. Równie interesujący jest los zagranicznych ochotników w Hiszpanii: Amerykanów, Kanadyjczyków, Francuzów, Szwedów itd. Zaraz po przybyciu do kraju zabierano im paszporty i wszystkie inne dokumenty. Dla bezpieczeństwa. Za ucieczkę z „brygady międzynarodowej” rozstrzeliwano. To nie Imperium Rosyjskie! A dokąd uciekać? Przed nami – ocean. Na lewo – też ocean. Z tyłu – Morze Śródziemne. Porty pod kontrolą. Granica z Francją zamknięta. Dookoła – front. Nagie spalone przez słońce równiny i góry. Nie ma gdzie się schować. W kieszeni ani grosza, ani paszportu. Kiedy ochotnik trafi już do „brygady międzynarodowej”, przestawał być ochotnikiem. Zmieniał się w uzbrojonego niewolnika, który prawie nie miał szans ucieczki. Zdarzało się, że w budynkach, w których przechowywano dokumenty osobiste ochotników, z jakiegoś powodu częściej niż zwykle wybuchały pożary, a samochody, które przewoziły te dokumenty, częściej niż zwykle były ostrzeliwane. Bojownicy brygad międzynarodowych przeważnie pozostawali bez żadnych dokumentów, a radziecki wywiad wojskowy dostał legalne paszporty i inne osobiste dokumenty dziesiątków tysięcy młodych mężczyzn z 54 krajów. Krwawa zorza komunistycznego jutra już wschodziła nad Hiszpanią i kogoś to zorza obudziła... wyrwawszy się z Hiszpanii po upadku Republiki, ochotnicy, w zdecydowanej większości, zachowali wierność swoim ideałom, i tak nic nie zrozumieli. Ale co najmniej jeden z nich przejrzał na oczy. Nazywał się George Orwell. Przyjechał do Hiszpanii, żeby walczyć o wolność i demokrację. I nagle uświadomił sobie, że pod maską wolności może chować się potworny zbrodniczy reżim. Sławę przyniosły mu dwie książki: „Folwark zwierzęcy” i „Rok 1984”. W pierwszej opisał farmę, na której zwierzęta zbuntowały się przeciwko ludziom. Powstanie zakończyło się całkowitym zwycięstwem. Ale na czele wojennej społeczności zwierząt znalazły się świnie. I zaprowadziły swoje świńskie porządki. Zadziwiające: George Orwell opisał brytyjską farmę i świnie rasy Berkshire, ale w Związku Radzieckim zamykali w więzieniu ludzi, u których znaleźli tę książkę. I to mnie też dziwiło. Gdyby George Orwell pisał radzieckie komunistyczne świnie, to taką reakcję można by wytłumaczyć. Ale dlaczego oni tak się obruszali, dlaczego w tak nerwowy sposób reagowali, kiedy czytali o władzy świń rasy Berkshire? Co to? Świńska solidarność? Ostatnia defilada Suworow, Wiktor 9788375102291:102

14.04.2009
Najważniejszy problem - zmotywowanie do pracy - został rozwiązany na bezprecedensowym w skali światowej poziomie. Marchewka w postaci 20 gramów masła lub miejsca na pryczy obok pieca (zgodnie z rangą od razu dostał je Tupolew), a również kij formie ewentualnego wysłania do tajgi na wyrąb lasu nie były jedynymi bodźcami. Wcale. Radzieccy inżynierowie pracowali nie ze strachu, a z powołania. Przynajmniej tak starali się o tym myśleć. Wybitny konstruktor lotniczych silników dieslowych Czaromski tak później pisał: "Oczywiście wszyscy tam (w OTB) nie mogli czuć żalu i rozgoryczenia, ale powiedziałem sobie, że byłoby najgorzej, gdyby ten żal odgrywał jakąś rolę w pracy. Dlatego swoich kolegów, z którymi byłem związany, motywowałem w podobny sposób. Najważniejsze - zapomnieć o żalu. Nasza partia, nasza władza - czasami się myli, ale naprawia błędy. Taka była moja koncepcja polityczna". Czytelnik oczywiście pamięta, że podobną koncepcję dosłownie tymi samymi słowami ("będę pracował jeszcze lepiej") przedstawił jeden z bohaterów Folwarku zwierzęcego George'a Orwella... Na uśpionych lotniskach... 22 czerwca 1941 roku Sołonin, Mark 9788375102581:253

20.12.2009
Inaczej mówiąc: ci, którzy naprawdę walczyli ze szmirą, obchodząc przepis wydany pod hasłem walki z nią, na razie nie mogą walczyć, bo szmira ma potężny oręż w postaci przepisu, który ją niby zwalcza. Porady estradowca Fedorowicz, Jacek 83-85264-44-2:95_2

03.03.2010
Myślę, że o takich sytuacjach powinno się uczyć w szkołach, aby społeczeństwo mogło podchodzić do doniesień medialnych z dystansem. Póki co, tylko niewielki odsetek Polaków posiada tę umiejętność. Niestety, zdecydowana większość bezkrytycznie daje wiarę temu, co zobaczy w telewizji, usłyszy w radiu lub wyczyta w gazecie. Uważam, że trzeba społeczeństwu uzmysławiać, jak powszechnym zjawiskiem jest manipulowanie informacjami. Pytanie tylko, kto ma to zrobić. Mam wrażenie, że nie ma w Polsce instytucji, która zechciałaby się tym zająć. Czas najwyższy, aby się znalazła, chyba że tolerujemy sytuację, w której jesteśmy notorycznie oszukiwani i robieni na szaro. Kreowanie medialnej rzeczywistości za pomocą środków masowego przekazu jest osobną, a dla niektórych bardzo dochodową dziedziną życia. Niestety, temu zjawisku sprzyjają konsumpcjonizm i wygoda. W szponach władzy Stokłosa, Anna; Stokłosa, Henryk 9788374561884:147

09.11.2010
Dla Lindy sztuczni ludzie w Temalu nie byli manekinami, a praca w fikcyjnej centrali handlowej – pozorowaniem jakiegoś zajęcia. Wystarczyło tylko spojrzeć na biurko, gdzie leżały dokumenty pokryte jej czytelnym pismem, aby mieć pewność, że siedząc w towarzystwie czterech symulatorów pracy biurowej, znalazła ład i sens w powszechnej maskaradzie i swoją funkcję traktowała serio. Według łotra Wiśniewski-Snerg, Adam 9788374537155:71

16.02.2011
… podzieliłem się z nim doświadczeniami zebranymi w czasie ostatnich dwóch dni. Zwróciłem jego uwagę na fakt, że prawdy o świecie trzeba szukać w całkiem innym kierunku. Należy usunąć kurtynę pozorów. Według łotra Wiśniewski-Snerg, Adam 9788374537155:91_2

16.02.2011
Pamięć ma orwellowską naturę – stale przepisuje od nowa przeszłość tak, aby odpowiadała wymaganiom teraźniejszości. Niezwykłe umysły. Jak w dziecku rodzi się uczony. Brockman, John 9788374694902:94

24.06.2011
Zniszczenie kluczowych dokumentów i głębokie ukrycie pozostałych, światopogląd historyków wychowanych na stalinowskiej propagandzie [oraz miłość własna – przyp. JF] powodują, że kolejne pokolenia nadal postrzegają wojnę tak jak chciał tego Stalin. Gławnaja kniga o Wtoroj Mirowoj Suworow, Wiktor 9785995502425:235

16.06.2012
Stalin zakazał pisania wspomnień i publikowania dzienników o wojnie. Naruszenie tego zakazu mogło kosztować życie. Gławnaja kniga o Wtoroj Mirowoj Suworow, Wiktor 9785995502425:234

16.06.2012
Jedną z książek próbowano przemycić czytelnikowi w bardzo perfidny sposób. Książka ta to „Lodołamacz – 2”. Szata graficzna okładki taka sama jak w całej serii Suworowa, a autorem jest niejaki – „Wiktor Surowow”. Przestawione dwie literki, ale tego na pierwszy rzut oka nie widać. Gławnaja kniga o Wtoroj Mirowoj Suworow, Wiktor 9785995502425:293

17.06.2012
A więc o to chodzi – nie dopuszcza się kierownika wydziału historii wojen i geopolityki Instytutu Historii Powszechnej Rosyjskiej Akademii Nauk, prezydenta Stowarzyszenia Historyków Drugiej Wojny Światowej, doktora nauk historycznych, profesora Rżeszewskiego do redakcji i wydawnictw. Nie może zasłużony uczony pokazać społeczeństwu „posiadanych wiarygodnych dokumentów i faktów”. Ja, historyk-amator z Samary, mogę pokazać, a prezydentowi i profesorowi zamykają usta. Potworność. Po prostu jakaś agentura maczała w tym swe brudne łapska... I nie tylko towarzysz Rżeszewski ma związane ręce i nogi. W samej tylko Moskwie w stołecznej sekcji Akademii Nauk Wojskowych jest 257 doktorów i 436 kandydatów nauk. Tylko w Moskwie. Z definicji praca doktorska powinna stanowić „fundamentalne dzieło, wytyczające nowy kierunek w nauce”. 257 odkryć naukowych! Wybitni naukowcy obfitymi stadami zmierzają do zbadania prawdy. A przecież oprócz doktorów nauk wojskowych na rosyjskich pastwiskach, obficie zraszanych petrodolarami, żerują nieporównywalnie liczniejsze stada doktorów nauk historycznych. Ostatnio pojawili się też doktorzy socjologii i politologii... Nic dobrego na wojnie Sołonin, Mark 9788375107142:9_2

29.06.2012
Była w znacznej mierze dzieckiem prowadzonej od dziesięciu lat wojennej propagandy, którą zresztą sama pomagała tworzyć. Putin, człowiek bez twarzy. Gessen, Masha 9788378390541:218

10.08.2012
Po ostatecznym odejściu Babbitta Disney zarządził wykreślenie nazwiska animatora z czołówek wszystkich filmów, nad którymi ten kiedykolwiek pracował, a tam, gdzie było to możliwe, również z czasopism, książek, biografii i dokumentów dla prasy. Paradoksem było to, że tocząc polityczną batalię ze swoim byłym animatorem, w pewien sposób stymulował swą artystyczną żyłkę. Poczuł się twórczo ożywiony i rozpoczął poszukiwania nowego materiału do kolejnego filmu animowanego. Walt Disney - Czarny książe Hollywood Eliot, Marc 9788371635458:238

02.11.2012
Co do Dave'a Hilbermana, rzeczywiście uczęszczał do prestiżowego Moskiewskiego Teatru Artystycznego przez sześć miesięcy w 1922 roku. Razem z setką innych politycznie niezaangażowanych zagranicznych studentów wyjechał do Związku Radzieckiego studiować sztukę. Walt Disney - Czarny książe Hollywood Eliot, Marc 9788371635458:249

02.11.2012
(…) totalne mydlenie oczu. U nas wszystko, było na pokaz. Na pokaz były poziomy życia, loty kosmiczne, produkcja mleka i mięsa, żelaza i stali, pęd obywateli do wiedzy, spożycie (bardzo małe) wyrobów gorzelniczych, uwielbienie przez szerokie masy ludu wybitnych przywódców, walka z przestępczością, przyjaźń między narodami, wybitne osiągnięcia nauki i kultury oraz oczywiście rozwój zbrojeń i armii. Matka Diabła. Kulisy rządów Chruszczowa. Suworow, Wiktor 9788375108675:81

14.11.2012
Był to prawdopodobnie rozstrzygający etap dochodzenia przeze mnie do wniosku, że mechanizmy formalnej demokracji, które obserwujemy po roku 1989, nierzadko są fasadą, że rzeczywiste ośrodki, źródła i podmioty władzy znajdują się gdzie indziej i tylko owych formalnych mechanizmów używają. Że realnym poziomem władzy [...] są sieci interesów, powiązań, zasobów wiedzy i kapitału. Sieci te są daleko lepiej zorganizowane i silniejsze od aktorów sceny politycznej, którzy nie są w stanie owych ukrytych podmiotów władzy skutecznie kontrolować. Pociąg do Polski, Polska do pociagu. Zybertowicz, Andrzej 9788361344247:17_2

27.01.2013
Nikt nie może żyć z myślą, że wciąż kłamie, nikt nie będzie co dzień polemizował z każdym słowem radia, telewizji, prasy. A więc kłamstwo stanie się prawdą – w głowie się kręci. Orwell miał rację – to był wielki prorok. Dzienniki - Stefan Kisielewski Kisielewski, Stefan 9788320716733:20

28.01.2013
Myślę, że jednak nie zawsze: dawniej nie było przecież radia, telewizji, propagandy. To dzięki tym środkom kłamstwo przeżera tak koszmarnie nasze życie. Dzienniki - Stefan Kisielewski Kisielewski, Stefan 9788320716733:310

29.01.2013
A znów Karol, jego brat najmłodszy (było ich czterech barci i siostra – ojciec, dyrektor warszawskiej giełdy!), stał się u nas głównym telewizyjnym „komentatorem politycznym”. Komentator to nie w znaczeniu zachodnim, ale sowieckim – propagandysta, nie analityk. Z jego wszystkich wywodów wynika niezbicie, że Rosja to kraj cudowny, święty i mądry, nigdy nie uciekający się do siły, gwałtu czy perfidii, natomiast Ameryka jest uosobieniem zła, niesprawiedliwości, imperializmu. Ten dudek pewno nie zdaje sobie sprawy, że takie właśnie głosi rzeczy, bo jest, przy zewnętrznej kulturze, bardzo głupi. Mimo to publiczność go dość lubi, może dlatego, że sama jest bardzo głupia, a może z powodu jego dystyngowanego wyglądu. Mówiąc te same sowieckie komunały co inni, robi jednak miny, jakby się namyślał i sam do tego dochodził. Co dziwniejsze, lubią go też cudzoziemcy, na przykład właśnie Amerykanie. Skoro więc go wszyscy lubią, to wyjdzie na to, że ja się czepiam – jak zwykle. Cóż to szkodzi, że ktoś mówi kłamliwe komunały, skoro poza tym jest ujmujący? Dzienniki - Stefan Kisielewski Kisielewski, Stefan 9788320716733:347

29.01.2013
Zawsze gnębi mnie problem, którzy z tych ludzi wierzą w głoszone brednie, a którzy zwyczajnie kłamią dla kariery. Dzienniki - Stefan Kisielewski Kisielewski, Stefan 9788320716733:349

29.01.2013
Gdyby skomunizowani robotnicy Francji i Włoch pożyli tutaj dwa lata, wyleczyliby się z komunizmu na całe życie. Ba, gdyby – ale to niemożliwe. Świat stoi na niepoinformowaniu i żadnej na to rady nie widać. Dzienniki - Stefan Kisielewski Kisielewski, Stefan 9788320716733:363

29.01.2013
Bo dla człowieka, który by uważał, że socjalizm to w samej swej istocie ustrój błędny i absurdalny, a Lenin to postać ciemna i szkodliwa, jest w Rosji miejsce tylko w domu wariatów. Dzienniki - Stefan Kisielewski Kisielewski, Stefan 9788320716733:388

29.01.2013
Co tu zresztą mówić o Górnickim, jeśli taki „Le Monde” na co dzień już nazywa Amerykanów imperialistami, a prawie nigdy nie nazywa tak Rosjan. Młodzi „wściekli” na Zachodzie ryczą o zbrodniach „amerykańskich interwentów”, a nie zająkną się o zbrodniach komunistów i o ich agresywności. Jeśli nawet szlachetne intencje przesiąkły kłamstwem i to w epoce masowej, znakomitej informacji, to już dowodzi jakiejś światowej atrofii. Dzienniki - Stefan Kisielewski Kisielewski, Stefan 9788320716733:411

03.02.2013
Inteligentnie, bo to sztuka mówić o czymś, co nie istnieje i na czym człowiek się zupełnie nie zna, a on bredził gładko jak z nut. Dzienniki - Stefan Kisielewski Kisielewski, Stefan 9788320716733:471

03.02.2013
W dodatku ci ludzie przyjmują rzeczywistość jako coś danego i niezmienialnego, jako absolutny jakiś i naturalny kodeks istnienia. Ci ludzie się nie zbuntują, nie ma obawy – nie wiedzą, żeby im czegokolwiek brakło, swobód politycznych, wolności słowa – to w ogóle nie mieści się w ich imaginacji. Wszystko, co ich otacza, uważają za najnormalniejsze w świecie, wszystkie głupstwa ustroju też. To jest rdzeń narodu, miliony ludzi „orwellowskich”. Dzienniki - Stefan Kisielewski Kisielewski, Stefan 9788320716733:808

05.02.2013
Pamiętajmy że mamy do czynienia z rozrywką - "show biznesem", to taka zabawa w sztuczną rzeczywistość, ktora ma za zadanie wywolywanie u widza emocji, a nie jego edukację.
To właśnie za te emocje tak dobrze się płaci aktorom.
_40

10.04.2013
Sprawa Otwartych Funduszy Emerytalnych - po aferze FOZZ (Fundusz Obsłużenia Zadłużenia Zagranicznego), łapówkarskich skandalach w NFZ (Narodowy Fundusz Zdrowia), korupcji przy dotacjach unijnych, budowie autostrad i stadionów czy informatyzacji ZUS (Zakład Ubezpieczeń Społecznych) - potwierdza, że przy wszystkich działaniach państwa można śmiało przyjąć z góry tezę, iż mają one ukryty cel - inny niż oficjalnie głoszony. Tego też należy się spodziewać się po programie Inwestycje Polskie czy przygotowaniach do zimowej olimpiady. Zwykle chodzi o finansowy zysk jakiejś sitwy, grupy nacisku, dzięki której swój zysk polityczny (sondaże i wybory) oraz finansowy (korupcja i synekury) kosztem społeczeństwa uzyskają także politycy. Z takiej perspektywy trzeba by rozważać każdą inicjatywę polityczną. W zakresie ogólnoświatowym taki sam cel ma walka z tzw. globalnym ociepleniem czy kolejne amerykańskie wojny. Poszkodowanymi zawsze zostają podatnicy. _41

11.04.2013
Swoisty kamuflaż: każdy człowiek, w mniejszym lub większym stopniu, kryje przed otoczeniem pewne swoje „słabostki”, symulując nieprawdziwy obraz własny. Życie systemów Szymański, Jan Maria 9788321407401:189

19.05.2013
Gorzej niż samotnym mężczyznom z dołów społecznych wiodło się tylko jeszcze kobietom. W Prusach, podobnie jak w innych krajach niemieckich, industrializacja przyniosła im początkowo same szkody. Geniusze i spekulanci. Jak rodził się kapitalizm. Ogger, Guenter 9788306022766:79

22.07.2013
Ci sami Niemcy, który jeszcze do niedawna wierzyli, że za parę akcji można zdobyć klucz do krainy pieczonych gołąbków, teraz jak ognia bali się wszystkiego, co pachniało pieniądzem i giełdą. Publicysta i politolog Konstanty Frantz, syn luterańskiego pastora, tymi słowy wyraził nastroje panujące wówczas w Niemczech: „Zaiste, świat jest pełen oszustw.” Geniusze i spekulanci. Jak rodził się kapitalizm. Ogger, Guenter 9788306022766:186_2

06.08.2013
Werner Siemens nigdy nie był owym dobrotliwym patriarchą, geniuszem, mądrze szybującym wysoko ponad nędzami tego świata, jak go się często przedstawia w podręcznikach szkolnych. Jemu także, podobnie jak Kruppowi, zdarzało się wykorzystywać pomysły innych, mniej przedsiębiorczych ludzi – i chodzić w cudzej glorii. Geniusze i spekulanci. Jak rodził się kapitalizm. Ogger, Guenter 9788306022766:275

06.08.2013
... dotyczy to zwłaszcza świata, w którym powszechnie panuje oszustwo i dwulicowość. Bogactwo i nędza narodów Landes, David S. 9788372005069:194

10.08.2013
Hitler wszystko już zakończył; kazał co prawda jeszcze w ciągu dnia dalej informować się o stanie walk o Berlin, nie brał jednak już większego udziału w tym, co się działo. Panujący jeszcze do tej pory w bunkrze jeszcze całkiem normalny nastrój – jeśli abstrahować od tego, że wiara w jakieś wyjście dawno już zanikła – teraz spadł do zera, szerzył się za to smutek i przygnębienie, a także rozpacz, maski opadły całkowicie. Każdy myślał tylko o tym, jaką powinien i będzie mógł obrać drogę po śmierci Hitlera. Byłem adiutantem Hitlera Below, Nicolaus Von 83-11-07767-3:400

09.09.2013
Moje uporczywe „zaprzeczanie” miało ten skutek, że areszt w celu złamania mnie się przeciągał. W końcu wydało mi się to zbyt głupie i postanowiłem, aby polepszyć sobie warunki, Anglików po prostu wpuścić w maliny. Kiedy oświadczyłem, że jestem teraz już gotów zeznawać „zgodnie z prawdą”, że zaprowadzono mnie nawet do komendanta tego ośrodka śledczego, który zajął miejsce z dwoma oficerami w śmiesznie oficjalny sposób, w pełnej gali mundurowej, z pasem i czapką, aby udowodnić ważność swego zadania – i oczekiwanych ode mnie zeznań. Zaaplikowałem im, nie za bardzo jednak blagując, mieszaninę zmyślenia i prawdy. Ostatnie dni w schronie opisałem przy tym tak, jak je przeżyłem. Pierwszym sukcesem, jaki mogłem na swoje konto zapisać, było to, że moja cela została na powrót umeblowana. Przyniesiono papier i przybory do pisania, a ja złożyłem moje zeznania w dziesięciu punktach na piśmie. Od tamtej pory zostawiono mnie w spokoju; na razie jednak przebywałem dalej w pojedynce. Nie sprawiło mi to później najmniejszej przyjemności, kiedy w książce Trevor-Ropera „The Last Days of Hitler” (1947) przeczytałem te bzdury o powierzeniu mi przez Hitlera misji przekazania jego tajnego orędzia Keitlowi. Byłem adiutantem Hitlera Below, Nicolaus Von 83-11-07767-3:408

09.09.2013
Krytycznie analizował [Hemingway - przyp. JF] swoje postępowanie, swoje puszenie się, kłamstwa w odcinkach (ciąg dalszy nastąpi...), chwalenie się czyimiś dokonaniami i nagle – przerażony – stwierdził, że nie żyje, lecz właściwie stylizuje się tylko odgrywając rolę fałszywego bohatera. Hemingway reporter Machala, Drahoslav; Machala Ivan 9788321605203:82

18.09.2013
Ale fałszywym bogiem, który najlepiej się obwarował w swojej fortecy, naszym wrogiem nr 1 – jest stereotyp. Pod pojęciem stereotypu rozumiem obraz, pogląd, myśl, które podstępnie zajęły miejsce rzeczywistości. Są stereotypy, które żyją od stuleci; oto kilka z nich – poczciwy starzec, miłość zwalczająca wszelkie przeszkody, wierny sługa, wojskowa brawura, poczucie humoru Anglików, południowcy odziani jaskrawo, cel uświęca środki. Otóż życie przekonuje nas, że istnieją złośliwi starcy, że miłość bywa często pokonana, że słudzy nie zawsze bywają wierni, że są wojskowi wyjątkowo tchórzliwi, że jest pełno Anglików wyzbytych poczucia humoru, że większość południowców ubiera się na czarno, nie ma dostatecznie ważnego celu, który uzasadniałby morderstwo. Dodałbym jeszcze, że uperfumowane kinowe amantki o blond włosach tylko w niewielkim stopniu przypominają dziewczyny, które kochamy w życiu. Żeby sprostać stereotypowi nakłada się im ufryzowane blond peruki. Wolałbym myśleć, że to odwołanie się do stereotypu nikogo nie zwiedzie. Ale nie, karmiona kłamstwami publiczność trzyma się kurczowo swych przyzwyczajeń i zachwyca się fałszywością świata, który na jej użytek sfabrykowano. Moje życie, moje filmy Renoir, Jean 6315/K:54

19.09.2013
Dzieciństwo upłynęło mi przy rodzicach i Gabrieli. Były to istoty nie umiejące powstrzymać się od wskazywania prawdy ukrytej pod pozorami. Pobyt w rodzinie był dla mnie – by użyć modnego obecnie słowa – „demistyfikacji”. Jesteśmy zmistyfikowani. Kpią sobie z nas. Miałem to szczęście, że już w młodości nauczyłem się rozpoznawać mistyfikację. W Regule gry podzieliłem się moim odkryciem z publicznością – a świat tego nie lubi. Prawda narusza jego komfort. Ćwierć wieku później miałem odczyt w Harwardzie. W kinie w pobliżu uniwersytetu grano Regułę gry. Kiedy pojawiłem się na podium, wybuchła entuzjastyczna owacja. Studencka publiczność oklaskiwała Regułę gry. Od tego czasu sława filmu stale rosła. To, co w roku 1939 wydawało się obelgą, okazało się jasnowidzeniem. Moje życie, moje filmy Renoir, Jean 6315/K:170

20.09.2013
Każdy człowiek jest trochę aktorem, każdy lubi ukazywać światu ulepszoną wersje samego siebie. Moje życie, moje filmy Renoir, Jean 6315/K:204

20.09.2013
Informacje o tym, że w dawnym kraju Inków może być niebezpiecznie, podaje każdy książkowy przewodnik turystyczny. Są one jednak zdawkowe. Choćby dlatego, że żaden wydawca nie chce strzelać do własnej bramki. Takim samobójem byłaby przecież publikacja porad o podróży do miejsc, do których podróż nie jest zalecana. _50

14.10.2013
Nie miałem (…) świadomości, ponieważ znałem ten świat tylko z mediów. Spowiedź psa. Brutalna prawda o polskiej policji. Loranty, Dariusz 9788362268672:24

24.01.2014
Miałem okazję słuchać tych odzywek: „Tam, w tej ubecji, to nikt nie był nauczony roboty, my tu musimy zapierdalać!” albo „Wy to sufitówki piszeta!”.
„Sufitówki”?
– To notatka służbowa wymyślona zza biurka. W rzeczywistości to końcowy element „esbeckiej” roboty, czyli rozpracowania operacyjnego, polegającego na zajmowaniu się jakimś zakładem pracy i dokonywaniu oceny nastrojów społecznych. Niekiedy zdarzało się, że przepisywali do raportów niektóre informacje z gazet. Często były to informacje bez weryfikacji.
Spowiedź psa. Brutalna prawda o polskiej policji. Loranty, Dariusz 9788362268672:30

24.01.2014
Bat na „czwartą władzę”

Wieloletnia gra ze środowiskiem twórców i najnowsze pomysły ratowania ZUS-u ich kosztem to nie tylko efekt rosnącej dziury budżetowej. Przywilej 50-procentowej ulgi od początku swego istnienia miał za zadanie trzymać środowiska opiniotwórcze w ryzach. Przez lata dziennikarze, artyści i wszelkiej maści twórcy żyli w symbiozie z władzą. Ci pierwsi unikali horrendalnych podatków - ci drudzy zyskiwali kartę przetargową w postaci przepisu, który mogą zawsze usunąć przy akceptacji społeczeństwa.

Istotą problemu z ulgą dla twórców są dwie kluczowe sprawy.
Pierwsza jest dosyć banalna: pogardliwie nazywane „śmieciówkami” umowy o dzieło są jednym z niewielu okien wolności dla pracowników, a także pracodawców w Polsce. Pozwalają one na uniknięcie kuriozalnych przepisów i wymogów, które rujnują firmy zatrudniające pracowników na podstawie umowy o pracę, ale - co najważniejsze - dają pracę tysiącom ludzi, którzy w innym wypadku trafiliby na bruk.

Zrównanie wymogów podatkowych dla zatrudnianych w przypadku umowy o pracę i umowy o dzieło oznaczałoby kolejną gigantyczną falę migracji czy po prostu załamanie wydolności finansowej sporej liczby obywateli, którzy nie byliby w stanie utrzymać się po oddaniu części dochodu fiskusowi. Zmuszeni oddawać państwu wspomniane 20 proc. dochodu w przypadku najmniej zarabiających znaleźliby się bez środków do życia.

Druga sprawa ma aspekt bardziej psychologiczny i wiąże się bezpośrednio z utrzymaniem władzy.
Przez lata komunizmu społeczeństwo nauczyło się, że istnieje podział na władzę i wspierającą ją koterię oraz społeczeństwo, które przez tę władzę jest tłamszone. Wrogość i nieufność wobec mediów oraz innych środowisk tak zwanej elity władzy czy establishmentu spadła tuż po transformacji ustrojowej. Bez wątpienia jednym z największych sukcesów III Rzeczypospolitej jest wmówienie ludziom, że teraz media są już „wolne”, a PRL-owskie przekazy dnia odeszły na zasłużoną emeryturę.

Jednak poczucie, że istnieje jakaś przepaść dzieląca zwykłych obywateli od „elity”, jest wciąż silne. Wyuczeni w komunizmie (który promował najgorsze postawy), że lepiej, by komuś coś zabrano, coś złego się przytrafiło, aniżeli samemu osiągnąć sukces, z uradowaniem przyjęliby podatek uderzający w nielubianą grupę.

Rządzący mają tego pełną świadomość i tą kartą mogą grać bez żadnych oporów. Znajdująca się w kryzysie branża od dawna jest zasilana pieniędzmi z tytułu reklamy spółek skarbu państwa. A reklamy te (i pieniądze za nimi stojące) najczęściej trafiają do tych, którzy nie wychodzą przed szereg oraz wspierają dobrym słowem rządzących.

Odebranie dziennikarzom i innym twórcom tej ulgi poza branżą zostałoby więc przyjęte z aprobatą lub w najgorszym wypadku obojętnie (przy dobrym PR można taką likwidacją nawet zyskać w sondażach). Dlatego też - w przeciwieństwie do np. cieszących się znacznie lepszą opinią pielęgniarek czy przedstawicieli innych zawodów związanych z ratowaniem życia - na masowe protesty środowisk twórców nie ma co liczyć, gdyż nie będą się one cieszyć dużym poparciem.

_52

11.03.2014
Dobrze rozumiał, na czym ludzie się opierają, gdzie jest ich b a z a, wiedział, bez czego człowiek nie utrzyma się na powierzchni i nie wytrzyma nacisku, a ta cała reszta, te wszystkie pozory i ozdoby, to jest właśnie nadbudowa, która o niczym nie decyduje. Krąg pierwszy Sołżenicyn, Aleksander 9788307024950:110

07.09.2014
Ale Słowuta odpowiedział:
– Statystyka mówi, że liczba przestępstw u nas się zmniejsza.
Nie znał danych statystycznych, lecz właśnie z tym poglądem spotkał się na łamach prasy.
Krąg pierwszy Sołżenicyn, Aleksander 9788307024950:440

10.10.2014
The world is teeming with problems, many of them of our own creation. Mastery Greene, Robert 9780143124177:14_2

29.10.2014
I dziękujemy panu za rozmowę, teraz reklama, po przerwie wracamy do naszego programu, kolejnym gościem będzie Andrzej Lepper, porozmawiamy o kurwikach w oczach Renaty Beger. Czy jakoś tak. Ja to już wszystko wiem, tak to się w mediach analizuje, rozlicza, tworzy i dobija rzeczywistość. Zamiast wyjaśniać magma słów, skrócona do wymiaru sześciu minut pomiędzy proszkiem a jogurtem, bo już, bo trzeba kończyć, bo państwo sobie dopowiedzą, bo nie ma czasu, bo zostańcie z nami, bo wracamy po reklamach, bo trzeba tworzyć nowe fakty w pigułce, a jeden rozmówca to śmierć dla show – bo nie ma walki. Gudzowaty Prześluga, Jacek 9788374538602:13

02.11.2014
Wielu kupowało i sprzedawało omamy i fałszywe cuda, oszukując głupią tłuszczę. - Leonardo da Vinci _65

22.01.2015
ludzie na Zachodzie uwielbiają Gorbaczowa, twierdzą, że obalił komunizm. Błąd! On nie obalił komunizmu, tylko komunizm upadł za jego kadencji. Alfabet Suworowa Suworow, Wiktor 9788378186427:227

01.02.2015
Oszukiwano w Armii Czerwonej zawsze, zarówno w czasie pokoju, jak i podczas wojny, gdyż nic tak nie syci szefa, jak z fantazją wciśnięty kit.
"Bez bujdy nie da rady - i wikt jest lepszy.".
1943 - Rok przełomu Bieszanow, Władimir 9788393046133:46

14.02.2015
Weider’s magazines photographed Dave with a surfboard walking around on the beach. That looked cool. In the background was a Volkswagen dune buggy, with the exposed wheels, and that looked cool too. He was surrounded by beautiful girls who gazed at him in awe.
Other pictures in the magazine showed scientists and technicians in white lab coats developing nutritional supplements in the Weider Research Clinic. “Weider Research Clinic,” I would say to myself, “this is unbelievable!” And there were pictures of airplanes with “Weider” painted on the side in big letters. I’d imagined an outfit the size of General Motors, with a fleet of planes flying around the globe delivering Weider equipment and food supplements. The writing in the magazine sounded fabulous too when my friends translated it for me. The stories talked about “blasting the muscles” and building “deltoids like cannonballs” and “a chest like a fortress.”
And now here I was, six years later, on Venice Beach! Just like Dave Draper, only now it was me with the dune buggy and the surfboard and the adoring girls. Of course, by this time I was aware enough to see that Weider was creating a whole fantasy world, with a foundation in reality but skyscrapers of hype. Yes, there were surfboards, but the bodybuilders didn’t really surf. Yes, there were pretty girls, but they were models who got paid for the photo session. (Actually, one of the girls was Joe’s wife, Betty, a beautiful model whom he didn’t have to pay.) Yes, there were Weider supplements and, yes, some research took place, but there was no big building in Los Angeles called the Weider Research Clinic. Yes, Weider products were distributed around the world, but there were no Weider planes. Discovering the hype didn’t bother me, though. Enough of it was true.
Total Recall. My unbelievably true life story. Schwarzenegger, Arnold 9781849839730:100

15.02.2015
Most bodybuilders don’t have very interesting insights or routines. But I’d noticed that Joe’s writers could make a story out of anything. Total Recall. My unbelievably true life story. Schwarzenegger, Arnold 9781849839730:116

15.02.2015
Bo o mnie moi klienci wiedzieli tylko tyle, że mam szczęście w interesach i że jestem współwłaścicielem kwitnącego lotniczego przedsiębiorstwa taksówkowego. No i to, że mam kilka działek w Tangerze. Oraz kieszenie pełne forsy. Rzeczywistość była znacznie mniej krzepiąca. Rok 1949 był bowiem jak wiejska droga – pełen wybojów i zasrany. Ostatnia walka Zumbach, Jan 9788327417831:182

07.03.2015
Wynagrodzenie moje miało wynosić trzy tysiące dolarów miesięcznie, z tym, że wynosząca trzykrotną wartość tej kwoty zaliczka za trzy pierwsze miesiące miała być wpłacona na wskazane przeze mnie konto natychmiast po podpisaniu kontraktu. Był to kontrakt najemnika! Nie wyjąłem swego wiecznego pióra z kieszeni. Jasiu, zastanów się! Tu idzie o coś dużo więcej, niż tylko transport samolotów! Cały przebieg sprawy dawał zresztą dużo do myślenia. Jeśli przez cały czas tytułują człowieka panem pułkownikiem to dają tym samym do zrozumienia, że rozmawiają z wojownikiem, czyż nie tak? Delikatna sprawa, nieprawda? Z drugiej strony – ta klauzula o ostatnich dyspozycjach, z którymi miałem zetknąć się na miejscu... Tak, ta klauzula jest na tyle niejasna, że ciągle stwarza możliwość, w razie potrzeby, powiedzieć dziękuję i wycofać się. A więc, porozmawiajmy najpierw z Jeanem-Claudem Borazem. Wygląda przecież sympatycznie. Wykorzystałem czas, kiedy kelner ustawiał na naszym stoliku butelki, kieliszki, talerze i sztućce, i możliwie długo trzymałem nos wetknięty w kontrakt. Skończywszy przedstawienie z dogłębnym studiowaniem dokumentu udałem, że sięgam po wieczne pióro, ale w pewnym momencie jakbym zorientował się, że na stoliku nie ma miejsca na rozłożenie papierów i ich wygodne podpisanie. Nadal robiąc wrażenie, że sprawa jest właściwie już załatwiona, odłożyłem kontrakt na bok i powiedziałem:
– Niech mi pan, drogi panie Boraz, opowie coś więcej o Katandze. Wie pan, o tym kraju wiem na razie tylko tyle, co można przeczytać w gazetach...
– Ależ oczywiście, panie pułkowniku, z największą przyjemnością – zapewnił mnie Boraz.
I zaczął wykład o sytuacji Katangi, oszczędzając mi – na szczęście – paplaniny ideologicznej, z góry słusznie zakładając, że i tak by mnie ona nie przekonała.
– Jak pan wie, od 1960 roku Kongo nie należy już do Belgii – zaś Katanga, poprzednio prowincja Konga, nie chce nadal być jego częścią. Monsieur Czombé wygrał wybory, w lipcu 1960 ogłosił secesję prowincji od Konga i niepodległość Katangi. Z początkiem 1961, aby zgnieść rebelię i przywrócić jedność kraju, kierowany przez Lumumbę centralny rząd w Leopoldville zaatakował Katangę. Ponieważ jednak siły rządu centralnego okazały się zbyt słabe, zwrócił się on, korzystając z poparcia wielkich mocarstw, o pomoc do ONZ. Armia żandarmów Monsieur Czombégo i sprzymierzone z nim plemiona pokonały jednak nordystów (panów Lumumby i Kasawubu); następstwem tego było to, że panowie z ONZ zostali zmuszeni do podpisania w stolicy Katangi, Elisabethville, porozumienia z rządem Monsieur Czombégo. Tak wygląda, w największym skrócie, przebieg spraw do dziś, czyli do stycznia 1962 r.
– Teraz mamy pokój, a raczej zawieszenie broni. Ponieważ jednak, zdaniem prezydenta, sytuacja jest daleka od stabilizacji, uważa on, że musi mieć w dyspozycji siły powietrzne, zdolne do utrzymania agresorów z północy w szachu. Każdy jest bowiem świadom, że z zamiarów swoich nie zrezygnują. Rozumie pan, panie pułkowniku, Katanga jest bogata, Kongo zaś biedne. W Katandze znajdują się złoża minerałów o wielkiej wartości, a nade wszystko kopalnie miedzi. Bogactwa te Kongolańczycy z północy chcą odzyskać. Chcą oni zmusić Katangę, aby finansowała budżet całego kraju. Jest to chyba sprawa jasna, nieprawda?
– O, tak, bezspornie – zgodziłem się z Borazem. – Jak rozumiem, Monsieur Czombé bierze pod uwagę ryzyko wojny z Kongiem – i z ONZ?
Boraz z uśmiechem potrząsnął głową:
– Na szczęście sytuacja nie jest aż tak poważna. W chwili obecnej jesteśmy przekonani, że armia Katangi, wspierana pomocą kilku tuzinów, może setki europejskich techników będzie w stanie wzbudzić wobec siebie respekt.
(Pomyślałem sobie – facet jest niewątpliwie sympatyczny, ale ma mnie za durnia. Szef jego kupuje samoloty bojowe, a ja mam uwierzyć, że nie są one przeznaczone do wojny).
Ciągnąłem dalej:
– Czytam w gazetach, że w Katandze odnotowano już dziesiątki tysięcy zabitych i że w chwili obecnej ma się tam do czynienia tylko z pewnego rodzaju zawieszeniem broni, nota bene respektowane w buszu przez mało kogo. Czytam również, że w Katandze jest obecnych bardzo dużo oficerów belgijskich, którzy mają tam chronić interesy Union Miniere i innych wielkich organizacji przemysłowych. Czy to prawda?
Ostatnia walka Zumbach, Jan 9788327417831:236

07.03.2015
Na twarzy Boraza pojawił się szeroki uśmiech. Odpowiedział: – Prezydent Czombé jest zdania, że w kategoriach gospodarczych bezpieczeństwo i przyszłość Katangi zależą od współpracy z tymi przedsiębiorstwami Europy, które gotowe są respektować niezawisłość kraju. Jest to wspólna polityka parlamentu, rządu i prezydenta. Tak więc, jak długo Union Miniere, inne przedsiębiorstwa i belgijscy doradcy będą Katangę popierać, porozumienia z nimi nie zakłóci nic... Jako finansowy doradca rządu katangijskiego – bo w tym właśnie charakterze jestem przydzielony do prowadzonego przez Monsieur Dominique'a Diura szefa ministerstwa finansów – uważam ten układ za całkowicie prawidłowy. My, europejscy specjaliści, jesteśmy w Katandze bardzo wysoko cenieni – powinien pan o tym wiedzieć. Jeśli pan zechce, będzie się pan mógł o tym przekonać osobiście... (Niech się pan nie martwi, panie Boraz, że do tej pory jeszcze nie podpisałem kontraktu... Już się zdecydowałem. Odbędę małą wyprawę do Afryki... Za trzy tysiące dolarów miesięcznie to się opłaci. Poza tym, będzie to dla mnie mała odmiana – po codziennych kontaktach ze śledziami z sałatką ziemniaczaną i ogłuszającą muzyką pop...).
– Sądzę – powiedziałem – że okazję do tego stworzy dostawa samolotów... Pozwoli pan jednak, panie Boraz, że zadam mu dwa czysto praktyczne pytania: po pierwsze, jaki typ samolotów będzie przedmiotem transportu, gdzie w tej chwili znajdują się te samoloty i ile ich jest? (W rzeczywistości, drogi panie doradco finansowy, typ płatowców, ich liczba i obecnie miejsce ich pobytu zupełnie mnie nie interesują, żadna z tych spraw nie stanowi problemu. Latam na wszystkim co ma silnik, skrzydła i fotel, na którym mogę oprzeć swój tyłek. To co mnie interesuje, zawarte jest w drugim pytaniu).
– Po drugie: kto będzie odpowiedzialny za finansowanie przelotu i za opłacanie mojej pracy w Katandze? To samo pytanie odnosi się również do pilotów, których mam zwerbować. (Chyba nie myślisz, przyjacielu, że koszty hoteli, podróży i innych spraw będę pokrywać z własnej kieszeni? O tych sprawach w kontrakcie nie ma ani słowa, będziesz więc musiał go uzupełnić. A w dalszej kolejności porozmawiamy jeszcze o ryzyku wypadkowym, i to w kategoriach bardzo okrągłych liczb...).
Twarz Boraza rozjaśniła się uśmiechem zadowolenia. – Sprawia mi radość, panie pułkowniku, że przeszedł pan do omawiania rzeczy praktycznych. Czasu pan nie trwoni. A więc, co do samolotów: kupiliśmy właśnie sześć Harvardów T-6. Dwa z nich znajdują się na lotnisku w Genewie, inne dolecą tam w najbliższym czasie. Samoloty te należy przerzucić tu jak najszybciej. W Elisabethville będzie pan mieć do dyspozycji samochód i willę. Co do sposobu pokrywania wydatków ponoszonych przez pana i jego pilotów, ustalimy to przy okazji organizacji transportu. Zgoda?
(Ten biały brat katangijskich czarnych wcale nie jest taki głupi. Płacić będzie, ale na raty). – Zgoda – potwierdziłem. – Z Genewy do Elisabethville jest ponad dziesięć tysięcy kilometrów. Będziemy musieli lecieć etapami. Harvardy T-6 znam bardzo dobrze. Są to wspaniałe samoloty szkolne, które dostosować można również do różnego typu działań bojowych. Dla startów i lądowań potrzebują krótkich pasów, nie można od nich jednak wymagać wykonywania długich lotów.
(Jedno pytanie nasuwało mi się nieodparcie na usta: czy prezydent Czombé przybył do Genewy wraz z całą rzeszą doradców i haremem tylko po to, aby kupić tu sześć amerykańskich szkolnych samolotów z demobilu? Nie odważyłem się jednak sondować w tej sprawie Boraza ani otwarcie postawić tego pytania).
– Co się tyczy technicznych szczegółów transportu, panie pułkowniku, powinien je pan rozstrzygnąć w bezpośrednich rozmowach z panem Renaudem Desnersem. Sposób realizacji transportu pozostawiamy więc do decyzji pana. Na sfinansowanie kosztów podróży, gdy tylko przedstawi pan jej plan, zostanie wypłacona niezbędna zaliczka. Oczywiście – dodał szybko – po zatwierdzeniu planu przez prezydenta.
(Ten Boraz to jednak bystra głowa. Widać przecież, że do tej pory nie myślał ani przez moment o złożoności transportu samolotów na tak wielką odległość, ale odpowiada tak, jakby do dyskusji na ten temat był przygotowany dogłębnie. Odpowiedzialność za sprawę przerzuca na nas, Renauda i mnie, a co do forsy, zasłania się prezydentem...).
– Myślałem – odparłem z miną niewiniątka – że plany lotu ze Szwajcarii do Katangi są już dawno gotowe. Szkoda, że tak nie jest. Z pewnością opóźni to odlot.
(Mam cię, mój kochany doradco! Powiedz swojemu szefowi, tej małpie, że jeśli nie uruchomi swojego długopisu, samoloty pozostaną tu na dłużej. Ja jestem gotów sprawę załatwić, ale nie w oparciu o obietnice, nawet jeśli będą zakrapiane Chambertinem najlepszego rocznika. Przysłano Cię tu przecież, abyś osiągnął określony cel, czyż nie?)
Boraz uniósł się.
– Opóźnić odlot? To w ogóle nie wchodzi w rachubę, panie pułkowniku! Sprawa jest bardzo pilna!
Ostatnia walka Zumbach, Jan 9788327417831:236_2

07.03.2015
– Jestem o tym w pełni przekonany – odpowiedziałem z całą powagą. – Będziemy starali się rzecz przyspieszyć, ale i pan musi nam w tym pomóc.
Na czole męża stanu pokazały się zmarszczki zatroskania, widać było, że problem, jaki mu zaprezentowałem, przerzuciłby chętnie na kogoś innego. Postanowiłem pognębić go jeszcze bardziej.
– Wie pan, panie Boraz, gdy dzisiaj rano znalazłem się u prezydenta, sądziłem, że odbędziemy z nim poważną naradę. Pański szef odprawił mnie po pięciu minutach, a czekałem na audiencję dwie godziny. Tego bardzo nie lubię... Zaprezentowałem mu w skrócie problem i odniosłem wrażenie, że decyzję podjął od razu, na miejscu. Teraz zaś widać, że opóźnienie jest nieuniknione, bo, jak sam pan mówi, niezbędne jest przedłożenie prezydentowi planu transportu, który opracować mamy ja i Renaud Desners. Ponieważ dotychczas w jego biurze o tym mowy nie było, odnosiłem wrażenie – dodałem obłudnie – że pan ma to już wszystko dawno opracowane, a nam pozostaje tylko realizacja.
(Naprzód, dzielny urzędniku, broń swego szefa, przeproś za niego, podaj wasze motywy...). Boraz dał się złapać na lep.
– Wie pan, panie pułkowniku, pan prezydent Czombé nie może się zajmować takimi detalami. Co więcej, nie możemy i my, którzy tu z nim jesteśmy... Dlatego zwróciliśmy się do pana, do jednego ze specjalistów... My tu jesteśmy zajęci prowadzeniem pertraktacji z bankami szwajcarskimi; pochłania to nasz cały czas.
(Brawo, młody człowieku. Teraz wreszcie wiem, co przygnało tu Wielkiego Czarownika. Pertraktacje z bankami Szwajcarii. No tak, Czombé dystansuje się od Belgów, nie ma zamiaru pozwalać im na wszystko... Dlatego między innymi nie żąda od nich, aby zajęli się jego flotą powietrzną... Jeśli ja wezmę to do rąk, w belgijskich kręgach nie będę notowany zbyt wysoko... Jeszcze jeden powód, aby podejmowane przeze mnie ryzyko było lepiej opłacone).
– Niech mi pan wierzy, panie Boraz – zakończyłem – że pojmuję pana problemy doskonale. Zajmiemy się tym transportem, ale pan, dla przyspieszenia sprawy postara się o szybkie uruchomienie niezbędnych środków finansowych. Zgoda?
– W porządku – odpowiedział młody technokrata skwapliwie i z wyraźną ulgą; zdawał sobie sprawę, że groziły mu tarapaty, z których nie bardzo wiedział jak miałby wybrnąć. – Wystarczy, jeśli dostarczy mi pan z wyprzedzeniem kalkulację kosztów transportu.
Ostatnia walka Zumbach, Jan 9788327417831:236_3

07.03.2015
W Paryżu i Zurychu dosłownie aż się roiło od młodych, eleganckich Biafrańczyków przysłanych tu w różnych oficjalnych misjach. Polegały one głównie na zakupywaniu, na rachunek kraju, najróżniejszych materiałów. Ludzie ci byli początkowo klientami małych hotelików w Quartier Latin, szybko jednak, bo najczęściej po tygodniu, znajdowali drogę do najdroższych hoteli – w Paryżu były to „Meurice”, „George V” i „Crillon”, zaś w Zurychu „Baur au Lac” – oraz do najbardziej ekskluzywnych nocnych lokali i barów, w których spędzali czas w otoczeniu przepięknych, uwodzicielskich damulek. Z niektórymi z tych reprezentantów Biafry spędziłem kilka bardzo miłych wieczorów; bez zmrużenia powieki płacili rachunki opiewające na tysiące nowych franków – a potem cały następny dzień spędzali w swych apartamentach w objęciach chwilowych zdobyczy.

Jestem daleki od tego, aby udawać chodzącą cnotę. W życiu trzeba mieć trochę przyjemności. Ale nie wolno zapominać o obowiązkach i powierzonej sobie robocie. Patrząc więc na tych czarnych playboy'ów myślałem o ich rodakach, którzy z podziwu godnym patriotycznym samozaparciem walczyli w buszu...

Owi poznani przeze mnie próżniacy w oficjalnej delegacji, mieli swoje biuro w Paryżu, w domu nr 33 przy Rue Galilée. Kiedyś tam zaszedłem. Tabliczka u wejścia nosiła napis Biafran Historical Research Institute! Czyżbym się mylił? A więc nie byli to ludzie oddani uciechom życia, lecz historycy prowadzący w pocie czoła w Paryżu studia nad dziejami swego kraju?

Na podjeździe stały rzędem piękne samochody: Jaguary, Porsche, Triumphy. Te błyszczące chromem sportowe wozy należały do zapracowanych historyków. Ciekawe, jakie materiały, prócz tych luksusowych pojazdów, kupowali jeszcze dla swego kraju? Kilka samochodów ciężarowych, pewną ilość wybrakowanych pistoletów maszynowych, butów wojskowych i plecaków – dla żołnierzy, którzy najchętniej chodzili boso, a najcięższe nawet ładunki woleli dźwigać na głowie! Później doszło do mnie, że historycy mieli też udziały w pralniach i przedsiębiorstwach taksówkowych. Ci młodzi ludzie, daleko od ojczyzny, wyraźnie myśleli o zabezpieczeniu sobie przyszłości... Widziałem w moim życiu wielu drani, ale ci budzili we mnie szczególny wstręt. Wygłaszali patriotyczne przemowy, tak wzruszając słuchaczy, że ci otwierali przed nimi swe portfele – a następnie urządzali sobie, za uzyskane pieniądze, fikołki z laleczkami w łóżku. Były to koszty uzysku, obciążające konto czarnego państwa. Imponujące cuda miały też miejsce na rachunkach za materiały zakupywane dla Biafry. Używany samochód GMC, nabyty za dwieście dolarów, sprzedawany był państwu za dwa tysiące – państwu tak przez tych drani bronionym żarliwą elokwencją!

Ostatnia walka Zumbach, Jan 9788327417831:359

07.03.2015
Ty nie jesteś Stalinem i ja nie jestem Stalinem. Stalin to władza radziecka. Stalin jest tym, czym jest w gazetach i na portretach, a nie tobą czy nawet mną! - Józef Stalin. [do swojego syna Wasilija, kiedy skrytykował go za wykorzystywanie nazwiska ojca] _74

08.03.2015
Nie wierzę nikomu. Nie wierzę nawet sobie samemu. - Józef Stalin. _75

08.03.2015
„słowami próżnujących starców do niedoświadczonej młodzieży” Platon Państwo Biografia Blackburn, Simon 9788374953481:20_2

04.04.2015
utrzymanie ładu społecznego wymaga, by obywatele byli ulegli; państwo jest zatem usprawiedliwione, jeśli wykorzystuje propagandę, religie, kłamie, stosuje pranie mózgu, aby utrzymać niższe klasy na ich właściwym miejscu. Platon Państwo Biografia Blackburn, Simon 9788374953481:42

04.04.2015
Na koniec do filozofii zabiorą się parweniusze i pozerzy, udający, że posiedli wiedzę właściwą filozofom, a większość ludzi nie odróżni ich od prawdziwych filozofów. Platon Państwo Biografia Blackburn, Simon 9788374953481:99

04.04.2015
dlaczego artystyczne przedstawienia są odległe od prawdy Platon Państwo Biografia Blackburn, Simon 9788374953481:147

04.04.2015
Poeci czy malarze oferują nam jedynie „przedstawienia” życia codziennego, zatem ich prace są podwójnie oddalone od rzeczywistości samej w sobie. Jeśli potraktujemy metaforykę mitu jaskini dosłownie, okaże się, że dzieła sztuki stanowią jedynie cienie cieni marionetek, które same są z kolei mgliście oświetlonymi kopiami przedmiotów pojawiających się w świetle dnia; te zaś istnieją dzięki temu, że oświetla je słońce. Lekko licząc, okaże się, że dzieła sztuki oddalone są o trzy, a może nawet cztery kroki od Rzeczywistości i Prawdy. Że zaś oddalenie od rzeczywistości jest równoznaczne z oddaleniem od prawdy i wiedzy, poeci i malarze nie są w stanie pomóc nam w ich zdobyciu. Nie mają do zaoferowania nic, co przyczyniłoby się do ustanowienia w umyśle należytego ładu. Platon Państwo Biografia Blackburn, Simon 9788374953481:147_2

04.04.2015
Również między nami, uważam, że słowa Korwina oddają postawę miażdżącej większości; tyle że jest to postawa, do której ludzie sami przed sobą się nie chcą przyznawać. Każdy oczywiście powie, że tak, paraolimpiadę powinno się pokazywać w telewizji, ale gdyby ją pokazywano, toby ze wstrętem natychmiast przełączył. Życie seksualne lemingów Ziemkiewicz, Rafał A. 9788379640591:73

06.04.2015
a po części z deprawacji człowieka, którego ponad dwie dekady uczestnictwa w życiu publicznym nauczyły, że i tylko jak powie coś ostrego, obelżywego i skandalizującego, zostanie zauważony i nagłośniony. Życie seksualne lemingów Ziemkiewicz, Rafał A. 9788379640591:74

06.04.2015
Tu mamy do czynienia z bardzo znamiennym przykładem, gdy ci, którzy raz skłamali, muszą coraz głębiej brnąć w kłamstwa. Pranie mózgu. Fałszywa historia Wielkiej Wojny. Sołonin, Mark 9788375109771:49

09.04.2015
Ciekawą wiadomość przekazał 22 czerwca 2006 r. w wywiadzie dla agencji RIA-Nowosti generał major M. Gariejew: „Niemcy, ryzykując życie, przepłynęli rzekę Dniestr [podkreślenie moje - M.S.] i poinformowali nasze dowództwo, że wojska niemieckie ruszają do natarcia”. Czego możemy wymagać od wywiadu, skoro prezydent Akademii Nauk Wojskowych, członek Rosyjskiej Akademii Nauk Przyrodniczych, członek korespondent Akademii Nauk Federacji Rosyjskiej, doktor nauk wojskowych, doktor historii, profesor, były zastępca szefa Sztabu Generalnego Armii Radzieckiej do spraw naukowych, nie wie, że w czerwcu 1941 roku granica ZSRR nigdzie nie stykała się z rzeką Dniestr? Pranie mózgu. Fałszywa historia Wielkiej Wojny. Sołonin, Mark 9788375109771:63

09.04.2015
niechęć do zadawania właściwych pytań często świadczy o niechęci (albo obawie) do usłyszenia prawdziwej odpowiedzi. Pranie mózgu. Fałszywa historia Wielkiej Wojny. Sołonin, Mark 9788375109771:67

09.04.2015
podstawowej zasadzie propagandy komunistycznej: „głupi – nie zauważy, mądry – będzie milczał, a odważnego – wsadzimy do więzienia”. Pranie mózgu. Fałszywa historia Wielkiej Wojny. Sołonin, Mark 9788375109771:127

09.04.2015
W dawnych czasach ten chwyt (zastąpienie dyskusji nad konkretnymi faktami dyskusją na temat zawsze niejasnych i spornych „możliwości”) nie był szczególnie wykorzystywany – fałszerze mieli pod dostatkiem innych, bardziej topornych i skutecznych metod. Obecnie ta szulerska sztuczka należy do najbardziej rozpowszechnionych. Pranie mózgu. Fałszywa historia Wielkiej Wojny. Sołonin, Mark 9788375109771:133

09.04.2015
Właśnie taki, rzeczywiście skomplikowany, ale skuteczny chwyt nazywam „granatem dźwiękowym”. Przygnieść „erudycją”, oszołomić potokiem nieznanych terminów technicznych, zagrać na emocjach... I klient jest wasz. Pranie mózgu. Fałszywa historia Wielkiej Wojny. Sołonin, Mark 9788375109771:145

09.04.2015
Gaz łzawiący (zwany inaczej „płaczem Jarosławny”) był i pozostanie najważniejszym podstawowym narzędziem do fałszowania historii wybuchu wojny. Na czym polega jego siła? Na prawdzie. Istota tego chwytu polega na tym, żeby mówić prawdę i tylko prawdę na temat słabych stron (braki, niedociągnięcia, trudności, problemy), z którymi zetknęła się latem 1941 roku Armia Czerwona. Wyłącznie Armia Czerwona. O tym, że podobne (jeśli nie większe i gorsze) problemy miał nieprzyjaciel, można nie mówić. To wystarczy. Działa niezawodnie. Pranie mózgu. Fałszywa historia Wielkiej Wojny. Sołonin, Mark 9788375109771:147

09.04.2015
„Bez bujdy nie da rady – i wikt jest lepszy.” 1943 - Rok przełomu Bieszanow, Władimir 9788393046133:46_2

17.06.2015
Marszałek Rzeszy Göring autorytatywnie obiecał, że bohaterska Luftwaffe zaopatrzy „garnizon” we wszystko co niezbędne (wcześniej z taką samą pewnością zarzekał się, że żadna nieprzyjacielska bomba nie spadnie na Trzecią Rzeszę). 1943 - Rok przełomu Bieszanow, Władimir 9788393046133:58

17.06.2015
Odczucia żołnierzy uzupełnień, przybywających na front wschodni z „uśmiechem turysty”, pewnych, że kampania zakończy się za miesiąc, a udział w niej sprowadzi się do nieuciążliwej służby garnizonowej, zmieniły się radykalnie, jak tylko dotarł do nich nieprzyjemny fakt: „Ależ tu zabijają!” 1943 - Rok przełomu Bieszanow, Władimir 9788393046133:76

17.06.2015
„Ogłupiany przez nazistowską propagandę naród niemiecki, który nie do końca uświadamiał sobie powagę stanu wojennego, poraziła oszałamiająca wiadomość, nagle zrozumiał cały ciężar kryzysu”. 1943 - Rok przełomu Bieszanow, Władimir 9788393046133:108

17.06.2015
Zadowólmy się tylko stwierdzeniem, że autor pamiętnika – zwykle tak drobiazgowy w opisie zbrodni niemieckich – tym razem nabiera wody w usta. Widocznie istniały jakieś ku temu powody. Czy ja jestem mordercą? Perechodnik, Calel 9788390067612:243

21.06.2015
Zaskakuje to, jak niewiele miejsca poświęcił Perechodnik wykonawcom Zagłady. Można odnieść wrażenie, że do pewnego momentu właściwie okupanta nie znał. Prawdopodobnie zresztą tak było. Niemcy bardzo długo egzekwowali swoją władzę nad Żydami posługując się ich własną administracją – Judenratami – oraz ich własną policją. Zdarzało się więc, że środowiska prowincjonalne, zamknięte w gettach, do których Niemcom wstęp był wzbroniony, znały ich bardziej z oficjalnych rozporządzeń dyskryminacyjnych, częściej ze słyszenia o represjach i zbrodniach antyżydowskich, niż z bezpośredniego kontaktu. Nie zmienia to, oczywiście, faktu, że prędzej czy później większość Żydów na własnej skórze – jak najdosłowniej – doświadczyła, co oznacza kontakt z człowiekiem w niemieckim mundurze. Czy ja jestem mordercą? Perechodnik, Calel 9788390067612:244

21.06.2015
Ci na skraju przednim – długo nie pożyją. Oni są już skazani. Jedyny dla nich ratunek – zostać rannym. Natomiast wielu z tych, którzy są na tyłach, zachowa życie, jeśli nikt nie rzuci ich do przodu, gdy wyczerpią się szeregi natarcia. Będą żyć, wrócą do domów i z czasem stanowić będą podstawę organizacji weteranów. Wyhodują brzuchy, sprawią sobie łysiny, ozdobią pierś medalami, orderami i będą opowiadać, jak to po bohatersku walczyli, jak rozgromili Hitlera. I sami w to uwierzą! Oni też i pogrzebią świetlaną pamięć o tych, którzy zginęli i którzy naprawdę walczyli! Przedstawią wojnę, którą mało co znali, w romantycznej aureoli. Jak to wszystko było dobrze, jak doskonale! Jacyż to z nas bohaterowie! A że wojna to strach, śmierć, głód, podłość, podłość i jeszcze raz podłość – to zejdzie na drugi plan. Prawdziwi zaś frontowcy, których zostało półtora chłopa, a zresztą też stuknięci, schorowani, będą milczeć. A władze, które też w znacznym stopniu przeżyją, ugrzęzną w swarach: kto walczył dobrze, kto źle, a gdyby mnie posłuchano!” 1943 - Rok przełomu Bieszanow, Władimir 9788393046133:205

21.06.2015
Rzecz jasna zarówno dowódcy, jak i podlegający im żołnierze jak dawniej partaczyli, mydlili oczy, meldowali o wykrywaniu, a następnie usuwaniu usterek. Świadczą o tym akta kontroli, ujawniające liczne niedociągnięcia przy organizacji obrony i w przygotowywaniu wojsk. 1943 - Rok przełomu Bieszanow, Władimir 9788393046133:254

21.06.2015
Naprędce kształceni dowódcy artylerii prowadzili rachunki według mało skomplikowanego wzoru: „Swoje obliczenia, które później potwierdziły się, prowadziliśmy wychodząc z założenia, że jedno nasze działo, nim zostanie zniszczone, jest w stanie rozbić co najmniej dwa czołgi”. Dział przeciwpancernych na froncie było 3100, nietrudno więc domyślić się, jakie straty poniesie w meldunkach „pancerny zwierzyniec” Wehrmachtu. Co prawda, dla towarzysza Stalina Watutin zmniejszał te liczby o połowę. 1943 - Rok przełomu Bieszanow, Władimir 9788393046133:295_2

21.06.2015
Później, przez całe życie marszałek Rotmistrow starannie cyzelował mit o „największej bitwie pancernej Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”, o boju pod Prochorowką, gdzie „w bezpośrednim ataku” starło się półtora tysiąca wozów pancernych: „Patrzę przez lornetkę i widzę, jak z prawej i z lewej strony ruszają z ukrycia i nabierając prędkości rzucają się do przodu nasze sławetne 'trzydziestki czwórki'. Nagle dostrzegam chmarę czołgów nieprzyjaciela. Okazało się, że Niemcy i my jednocześnie przeszliśmy do natarcia. Zdziwiłem się, jak blisko do siebie podchodzą nasze i nieprzyjacielskie czołgi. Szły wprost na siebie. Wprost na siebie sunęły dwie olbrzymie lawiny pancerne. Wstające na wschodzie słońce poraziło oczy niemieckich czołgistów i wyraźnie oświetlało naszym kontury faszystowskich czołgów. Po kilku minutach czołgi pierwszego rzutu naszych korpusów – 29. i 18., strzelając w biegu, czołowym uderzeniem werżnęły się w szyk niemiecko-faszystowskich wojsk, błyskawicznym, przechodzącym na wylot atakiem dosłownie przebijając szyki nieprzyjaciela. Hitlerowcy widoczne nie spodziewali się spotkać tu tak wielkiej masy naszych maszyn bojowych i tak stanowczo atakujących. Wyraźnie było widać, że kierowanie jednostkami czołowymi oraz pododdziałami wroga zostało naruszone. 'Tygrysy' i 'Pantery', pozbawione w bliskiej walce swych zalet ogniowych, teraz trafiane były z małych odległości przez sowieckie czołgi T–34, a nawet T–70. Nad polem bitwy kłębił się dym i pył, ziemia drżała od potężnych wybuchów. Czołgi wpadały na siebie i sczepione nie mogły się już rozejść, walczyły na śmierć i życie, póki jeden z nich nie zamieniał się w pochodnię lub musiał stanąć z rozbitą gąsienicą. (…) Była to pierwsza podczas wojny pancerna bitwa spotkaniowa: czołgi walczyły z czołgami. Ponieważ szyki zmieszały się, artyleria obu stron przerwała ogień. Z tej samej przyczyny poła walki nie bombardowało ani nasze, ani nieprzyjacielskie lotnictwo, choć w powietrzu wciąż dochodziło do wściekłych starć i wycie strąconych, objętych płomieniem samolotów mieszało się z hukiem bitwy pancernej na ziemi. (…) 'Trzydziestki czwórki', manewrując, rozbijały 'Tygrysy' i 'Pantery', ale też same, dostawszy się pod bezpośredni ogień ciężkich czołgów i dział samobieżnych, zamierały, płonęły, ginęły”. Opis robi wrażenie. Prawdzie w niej odpowiadają tylko dwie krótkie frazy: „patrzę przez lornetkę” i „kłębił się dym”. Nawet z tym słońcem, co to w środku lipca wstaje i „oślepia” oczy o dziewiątej rano, marszałek przesadził; naoczni świadkowie twierdzą, że pogoda była pochmurna, czasami nawet deszczowa, utrudniając działania lotnictwa.

Tak naprawdę Wisch miał 60 czołgów, w tym 47 „czwórek” i cztery zdatne do użytku „Tygrysy”. Oczywiście Brigadenführer nie był na tyle głupi, aby rzucać je w „przechodzący na wylot atak”. Mniejsza część 1. pułku pancernego SS została wysunięta na grzbiet i zbocza wzgórza 252.2, główna – pozostała za rowem przeciwczołgowym, by umiejętnie wykorzystać swoją „zaletę ognia” z dużej odległości. Widać tu wyraźną różnicę w podejściu do sprawy: niemieccy dowódcy woleli razić przeciwnika z oddali, sowieccy zaś, z braku należytych umiejętności i nie mając innych możliwości, starali się doprowadzać do walki bezpośredniej, która mocno ograniczała sprawność wroga w organizacji współdziałania piechoty i czołgów z lotnictwem i artylerią. Tak że do „abordażu” nie doszło, a zamiast wprowadzenia armii pancernej w wyłom, należało przełamywać przygotowaną zgodnie z wszelkimi zasadami obronę wroga w najbardziej niekorzystnych dla strony nacierającej warunkach. Teren przed Prochorowką, poprzecinany wąwozami i jarami, jest niewygodny dla czołgów; dlatego też w niemieckim ataku na stację pułk pancerny SS „Adolf Hitler” nie brał udziału. Ponieważ sowchoz „Oktiabrskij” pozostał w rękach przeciwnika, na rubieży wyjściowej z trudem pomieściły się jedynie niektóre brygady korpusów. Pozostałe formacje znalazły się nieco na wschód i północ od Prochorowki, kilka kilometrów od czołowych, co nieuchronnie prowadziło do zwiększenia przerw między wprowadzanymi do walki rzutami.

Słynny atak wyglądał więc następująco: kompanie czołgów długimi kolumnami od Pietrowki i Prochorowki ciągnęły do pierwszej linii frontu, przechodziły przez okopy swoich wojsk i pola minowe, na oczach i pod ogniem nieprzyjaciela rozwijały szyk bojowy i nabierając szybkości, rzutami szły do ataku. Fala szła za falą, po 40–50 wozów. W odstępach od 30 do 60 minut. Na froncie o szerokości poniżej dwóch kilometrów.

Trudno było dać Mansteinowi z Hothem lepszy prezent. Chyba już tylko od razu zastrzelić się.

1943 - Rok przełomu Bieszanow, Władimir 9788393046133

21.06.2015
W ten oto sposób kontratak Frontu Woroneskiego zakończył się katastrofalnym niepowodzeniem, z którego twórcy „największej bitwy pancernej” prawie natychmiast zaczęli wykuwać wielkie zwycięstwo sowieckiego żołnierza. 1943 - Rok przełomu Bieszanow, Władimir 9788393046133:354

21.06.2015
We began this quest by acknowledging that our senses and survival needs provide us with perception of reality that is both limited and distorted, and could be entirely illusory anyway. Roadmap to Reality Elpel Thomas J. 9781892784292:6

11.07.2015
Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, jak często teorie uważane za wynik rozumowania, w rzeczywistości opierają się na motywach subiektywnych lub zgoła na uprzedzeniach. Sztuka badań naukowych Beveridge, William Ian Beardmore PZWL 213/63:96

08.05.2016
Na kongresie psychologów w Goettingen w czasie jednego z zebrań na salę wbiegł nagle jakiś człowiek, goniony przez drugiego, uzbrojonego w pistolet. W ciągu 20 sekund na Sali rozegrała się krótka walka, padł strzał i obaj ludzie wybiegli z sali. Natychmiast potem przewodniczący poprosił obecnych o opisanie tego, co widzieli. Obserwatorzy nie wiedzieli, że całe zajście zostało uprzednio przygotowane, wystudiowane i sfotografowane. Na 40 przedstawionych sprawozdań tylko jedno zawierało mniej niż 20% błędów dotyczących faktów zasadniczych, w 14 sprawozdaniach ilość błędów wahała się od 20 do 40%, a 25 sprawozdań zawierało ponad 40% błędów. Zjawiskiem specjalnie godnym uwagi było to, że w przeszło połowie sprawozdań 10% szczegółów albo i więcej było oczywistym wymysłem. Tak zły wynik otrzymano pomimo korzystnych warunków, gdyż cały incydent był krótkotrwały i mocno zwracający na siebie uwagę, a szczegóły zostały natychmiast zapisane przez ludzi nawykłych do obserwacji naukowych i nie zainteresowanych osobiście zdarzeniem. Doświadczenia tego typu często są przeprowadzane przez psychologów i niemal zawsze dają podobny wynik. Sztuka badań naukowych Beveridge, William Ian Beardmore PZWL 213/63:115_2

18.05.2016
Znamiennymi przykładami nieścisłości obserwacji wzrokowej są różne sztuczki “magików” I kuglarzy. Sztuka badań naukowych Beveridge, William Ian Beardmore PZWL 213/63:116

21.05.2016
Innym przykładem wskazującym, że narządy zmysłów mogą fałszywie informować, jest następujące doświadczenie: najpierw jedna rękę wkładamy do wody gorącej, a drugą do zimnej, apotem obie jednocześnie zanurzamy w wodzie letniej. Sztuka badań naukowych Beveridge, William Ian Beardmore PZWL 213/63:116_2

22.05.2016
Bycie oznacza bycie oglądanym w telewizji, czyli w gruncie rzeczy bycie dostrzeżonym przez dziennikarzy czy, jak to się mawia, bycie dobrze przez nich widzianym (co niesie za sobą różne kompromisy i kompromitacje). O telewizji. Panowanie dziennikarstwa. Bourdieu, Pierre 9788301160463:38

30.10.2016
Pokazał on, jak dziennikarze - kierowani jednocześnie przez skłonności nieodłącznie wpisane w ich zawód, przez swoją wizję świata, wykształcenie, dyspozycje, ale również przez logikę swojej profesji - przeprowadzają selekcję ze względu na własne kategorie percepcji i wybierają z tej szczególnej rzeczywistości, [konkretne, według nich najistotniejsze, elementy i przesyłają je do publicznego odbioru – przyp. JF] O telewizji. Panowanie dziennikarstwa. Bourdieu, Pierre 9788301160463:45

30.10.2016
Zagrożenia polityczne nieodłącznie związane z codziennym funkcjonowaniem telewizji wynikają stąd, że obraz ma szczególną zdolność wytwarzania tego, co krytycy literaccy nazywają efektem rzeczywistości [l'effet de réel]. Telewizja sprawia, że ludzie widzą coś i wierzą w to, co ona pokazuje. Ta władza przedstawiania może skutkować mobilizacją. Może powołać do życia jakieś idee lub przedstawienia, ale również grupy. O telewizji. Panowanie dziennikarstwa. Bourdieu, Pierre 9788301160463:47

30.10.2016
Dla dziennikarzy lektura gazet jest czynnością obowiązkową, a przegląd prasy ich narzędziem pracy: żeby dowiedzieć się, co sami będziemy mówić, trzeba wiedzieć co powiedzieli inni. To jeden z mechanizmów, który prowadzi do homogenizacji oferowanych produktów.

Istotną konsekwencją tej gry lustrzanych odbić jest efekt zamknięcia, mentalnego ograniczenia.

O telewizji. Panowanie dziennikarstwa. Bourdieu, Pierre 9788301160463:50

31.10.2016
Gdy zadamy sobie, pozornie nieco naiwne, pytanie, w jaki sposób informowani są ludzie, których zadaniem jest informowanie nas, okaże się, że w większości przypadków informowani są przez sobie podobnych. Oczywiście istnieje Francuska Agencja Prasowa (Agence France Presse) oraz inne agencje, źródła oficjalne (ministerstwa, policja itd.), z którymi dziennikarze zmuszeni są wchodzić w bardzo skomplikowane relacje wymiany. Ale najistotniejsza część informacji, czyli ta informacja o informacji, która pozwala zdecydować, co jest ważne, co warto wyemitować, pochodzi zazwyczaj od samych dziennikarzy. Prowadzi to do swoistego rodzaju zniwelowania, homogenizacji hierarchii ważności. O telewizji. Panowanie dziennikarstwa. Bourdieu, Pierre 9788301160463:53

31.10.2016
W każdym ze społecznych uniwersów, w których toczy się dyskurs, zawsze ma on tę strukturę, że niektóre rzeczy mogą zostać powiedziane, inne nie. O telewizji. Panowanie dziennikarstwa. Bourdieu, Pierre 9788301160463:64

31.10.2016
Co nie przeszkadza niektórym wygłaszać bez jakichkolwiek badań swoich niewzruszonych wniosków o stanie świata. O telewizji. Panowanie dziennikarstwa. Bourdieu, Pierre 9788301160463:82_2

03.11.2016
Niestety, pejoratywne określenia na temat jakiejkolwiek grupy narodowej zwykle nie czynią rozróżnienia między rządzącymi i rządzonymi. Szwajcaria i naziści. Jak alpejska republika przetrwała w cieniu III Rzesz. Halbrook, Stephen P. 9788324591282:193

14.04.2017
Of the three years these young Yahgans lived amongst English people., half was spent on board the Beagle with Fitz Roy. During this time they convinced him and others that the Fuegian Indians were cannibals! Even that searcher after truth, Charles Darvin, who was closely associated with the trio during twelve months’ voyage of the Beagle, accepted their testimony.

We who latter passed many years of our lives in daily contact with these people can find only one explanation for this shocking mistake. We suppose that, when questioned, York Minster, or Jimmy Button, would not trouble in the least to answer truthfully, but would merely give the reply that he felt was expected or desired. In the early days their limited knowledge of English would not allow them to explain at any length, and, as we know, it is much easier to answer “yes” than “no”. so the statements with which these young men and little Fuegia Basket have been credited were, in fact, no more than agreement with suggestions made by their questioners.

We can imagine their reactions when asked what was, to them, a ridiculous question, such as:
“Do you kill and eat men?”
They would at first be puzzled, but when the enquiry was repeated and they grasped its meaning and realized the answer that was expected, they would naturally agree. The interrogator would follow this with:
“What people do you eat?”
No answer.
“Do you eat bad people?”
“Yes.”
“When there are no bad people, what then?”
No answer.
“Do you eat your old women?”
“Yes.”

Once this game was started and their knowledge of English increased, theses irresponsible youngsters, encouraged by having their evidence so readily accepted and noted down as fact, would naturally start inventing on their own. We are told that they described, with much detail, how the Fuegians ate enemies killed in battle and, when there were no such victims, devoured their old women. When asked if they ate dogs when hungry, they said they did not, as dogs were useful for catching otter, whereas the old women were of no use at all. These unfortunates, they said, were held in the thick smoke till they choked to death. The meat, they stated, was very good.

This delectable fiction once firmly established, any subsequent attempt at denial would not have been believed, but would have been attributed to a growing unwillingness to confess the horrors in which they had formerly indulged. Accordingly, these young story-tellers allowed their imaginations full rein and vied with each other in the recounting of still more fantastic tales, emboldened by the admiration of the other two.

The belief that the Fuegians were cannibals was not the only mistake Charles Darwin made about them. Listening to their speech, he got the impression that they were repeating the same phrases over and over again, and therefore came to the conclusion that something like one hundred words would cover the whole language. We who learned as children to speak Yaghan know that, within its own limitations, it is infinitely richer and more expressive than English or Spanish. My father’s Yahgan (or Yamana) - English Dictionary, to which I shall refer later, contains no fewer than 32000 words and inflections, the number of which might have been greatly increased without departing from correct speech.

The Yahgans had, at the very least, five names for “snow”. For “beach” they had even more, depending on a variety of factors: the position of the beach in relation to that of the speaker, the direction in which it faced, whether the speaker had land or water between it and himself – and so on. Words varied with the situation of the speaker. A word used in a canoe might differ from that used to describe the same thing when the speaker was on dry land. Further variations were brought in by the compass direction of the hearer and whether he, too, was ashore or afloat. For family connections sometimes so distant that, in English, they would need a sentence to explain, the Yahgans had as many as fifty different words, each descriptive of a particular, and often involved, relationship. Among the variations of the verb “to bite” was a single word that meant “coming unexpectedly on a hard substance when eating something soft” – e.g. a pearl in a mussel.

Uttermost part of the earth. Tierra del Fuego's Indians and Settlers: A personal story. Bridges, Lucas 9789873723094:41

28.04.2017
Za widowiskową fasadą akademickich dysput rozgrywa się twarda, brutalna, okrutna walka o władzę i pieniądze. _111

07.06.2017
Bardzo, bardzo niewiele osób ma jakiekolwiek pojęcie, o czym mówi. Tak czy inaczej Cleese, John 9788378855521:55

17.07.2017
Państwo mówi, że rabunek jest zabroniony, ale przecież jest bezkarny. Ludobójstwo Francusko-Francuskie, Wandea Departament Zemsty Secher, Reynald 9788320717266:186

23.09.2017
Starszy podoficer tej kompanji wrócił do bataljonu znacznie później i to z niewoli, francuskiej. Oficjalnie zaraportował on: Nie mając w Bilsen żadnego zajęcia, zgłosiłem się na ochotnika jako sanitarjusz do oddziałów pospolitego ruszenia, które jechały na Paryż. W ten sposób brałem udział w walkach na północnem skrzydle. Pewnego razu miałem odwieźć lekko rannych samochodami amunicyjnymi do etapu. Drogę zagrodziła nam kompanja rowerzystów francuskich i wystrzelała wszystkich w pień. Ja udawałem zabitego i tak dostałem się do niewoli, z której mnie, jako sanitarjusza, wnet odesłano do Niemiec. Okrutną rzeź urządzili Francuzi.

W swobodnej z owym podoficerem pogawędce dostałem następujące uzupełnienie: „Francuzi zastąpili nam drogę i dawali białą chorągwią znaki, byśmy stanęli. Pomimo to jechaliśmy śmiało dalej, bo Francuzów widać było tylko kilku, a wszyscy ranni byli gotowi do strzału. Na krótką potem odległość oddano salwę do Francuzów, nie ustępujących z drogi. W odpowiedzi została nasza kolumna teraz zasypaną gradem kul przez, zaczajony oddział francuski. Samochody, które nie miały żadnych odznak Czerwonego Krzyża, stanęły. Regularna walka wzdłuż szosy trwała, dopóki wszyscy Niemcy nie legli zabici. Sam udawałem zabitego. Kiedy Francuzi zaczęli grzebać poległych, wzięli mnie do niewoli. Krzywdy mi żadnej nie wyrządzono. Stanowczo stwierdzam, że my, a nie Francuzi, rozpoczęliśmy walkę, a o niepoważaniu transportu rannych nie może być mowy”. Dogodnie widać zredagowany raport mego sanitarjusza służył Niemcom na dowód, jak okrutnie Francuzi obchodzą się z bezbronnymi rannymi.

Z armią Klucka na Paryż. Pamiętnik lekarza Polaka. Jacobson, Wojciech 9788378894636:106

02.11.2017
Od pierwszych dni wojny wydawało ministerstwo imienne spisy strat na froncie – w zabitych, rannych i zaginionych. Poniekąd listy te były miernikiem srogości staczanych walk i osiągniętych sukcesów. Z dumą też czytano nazwiska pierwszych poległych naszego pułku, tych szczęśliwców, którzy dostali się do „Księgi Bohaterów”. Raziła przytem oficerów ta okoliczność, że niestety przeważały tam nazwiska polskie; lecz trudno, z takim stanem rzeczy trzeba było się pogodzić. Gdy jednak po spacerze swobodnym przez Belgję aż po Paryż, nagle straty stały się olbrzymiemi, stwierdziliśmy z niemałem zdziwieniem, że w spisach bohaterów figuruje zaledwie jedna trzecia naszych rzeczywiście poniesionych strat i że z raportów, sumiennie przez nas sporządzonych, władze zamieszczają w spisach nazwiska wybrane dowolnie i na wyrywki. Wnioskowaliśmy z tego wszyscy, że to nie przypadkowe omyłki i że w innych pułkach sprawa ma się tak samo, t.z., że celem zatuszowania faktycznych strat, podaje Ministerstwo umyślnie znacznie mniejsze do wiadomości publicznej. Z armią Klucka na Paryż. Pamiętnik lekarza Polaka. Jacobson, Wojciech 9788378894636:130

02.11.2017
Zestawiając ich opowiadania o rzekomych zwycięstwach niemieckich na innych odcinkach z plotkami, jakie Niemcy rozpuszczali wśród ludności pod Noyon, widzę jasno, że fabrykowanie kłamliwych wiadomości praktykuje się stale, celem moralnego zgnębienia ludności terenów okupowanych. Z armią Klucka na Paryż. Pamiętnik lekarza Polaka. Jacobson, Wojciech 9788378894636:154

02.11.2017
W zupełnie inny sposób przedstawiało przebieg ataku kilku podoficerów i jeden oficer, którzy nie wychylili się z poza pierwszego okopu. Z armią Klucka na Paryż. Pamiętnik lekarza Polaka. Jacobson, Wojciech 9788378894636:170

02.11.2017
Zbulwersowało mnie to, co usłyszałem, ale uznałem, że nie ma sensu wytykać mu błędów w rozumowaniu, którym usiłował usprawiedliwić siebie i swoich towarzyszy. Neger, Neger... Opowieść o dorastaniu czarnoskórego chłopca w nazistowskich Niemczech Massaquoi, Hans-Juergen 9788364476495:255

06.01.2018


Odnośnik Opis
Definicja terminu "Matrix" Definicja "Matrix" w fizyce życia.