Fizyka Życia

Fizyka Życia - Dziennik

rok 2020

Madera

◁◁◁ W drodze na Pico do Facho

Jak w praktyce działa Gerpedelucja

Od ponad 15 już lat pracuje nad zagadnieniami związanymi z życiem w najszerszym tego słowa znaczeniu, które obejmuje również procesy społeczne i gospodarcze. I oto po tak długim okresie natrafiłem na wspaniały opis powiązania procesów ewolucyjnych z gospodarką. Opis, z którego płynie bardzo wiele ważnych wniosków.

Kłopot Unileveru polegał na tym, że stosowane przez niego dysze nie pozwalały na bezproblemową pracę. Steve Jones, zatrudniony w liverpoolskiej fabryce proszku przez krótki okres w latach siedemdziesiątych XX wieku, zanim zmienił ścieżkę kariery i stał się jednym z najbardziej wpływowych biologów ewolucyjnych świata, twierdzi, że regularnie się zapychały1. „Te dysze to była cholerna upierdliwość – wyznał. – Były mało wydajne, ciągle się czopowały i dawały proszek o ziarnach różnych rozmiarów”.

Był to dla firmy bardzo poważny problem. Nie chodziło przy tym o same koszty serwisowe i tracony czas, ale również o jakość produktu. Unilever potrzebował lepszej dyszy. Jak najszybciej.

Dyrekcja powierzyła zadanie zaprojektowania jej swojemu elitarnemu zespołowi matematyków. Unilever już wówczas był bogatą firmą, więc stać go było na prawdziwych geniuszy. Ci z grupy pracującej nad dyszą nie tylko byli matematykami; specjalizowali się też w systemach wysokociśnieniowych, dynamice płynów i różnych aspektach analizy chemicznej i dobrze znali fizykę przejść fazowych, czyli procesy rządzące zmianą stanu skupienia (w tym przypadku z ciekłego na gazowy bądź stały).

Dziś być może nazwalibyśmy ich inteligentnymi projektantami, osobami, do których zwracamy się, kiedy mamy do rozwiązania poważny problem, nieważne, czy biznesowy, czy techniczny, czy polityczny. Unilever założył, że jeśli zbierze odpowiednich ludzi z odpowiednimi kwalifikacjami, to opracują dla niego optymalny plan.

Zespół matematyków zgłębił zagadnienia przejść fazowych i wyprowadził szereg finezyjnych równań. Naukowcy dyskutowali podczas zebrań i seminariów, aż wreszcie, po długim okresie badań, udało im się stworzyć nowy model dyszy.

Jak możemy się już domyślić, ów model nie działał. Nowa dysza też się zatykała. Wytwarzała ziarna o różnych rozmiarach. Była mało wydajna.

Coraz bardziej zdesperowane władze Unileveru przekazały zadanie biologom, którzy zasadniczo nie znali się na dynamice płynów, a o przejściach fazowych ostatni raz czytali w szkole średniej. Dysponowali jednak czymś bardzo wartościowym: dogłębną świadomością związku pomiędzy porażką a sukcesem.

Biologowie poprosili o dziesięć egzemplarzy dyszy, wprowadzili do każdego z nich drobne zmiany, po czym poddali wszystkie zmodyfikowane warianty rygorystycznym testom. „Niektóre dysze wydłużono, inne skrócono, część miała szerszy otwór, część węższy, część po kilka rowków w środku – opowiada Jones. – Najważniejsze, że jedna z nich okazała się odrobinę lepsza od oryginału; chyba o jeden czy dwa procent”.



W następnej turze testom poddano dziesięć minimalnie różniących się od siebie kopii „zwycięskiego” modelu. I tak do skutku. Po 45 iteracjach i 449 porażkach biologowie mieli w ręku dyszę o znakomitych parametrach. Sprawowała się „o wiele lepiej niż ta, od której zaczynaliśmy”.

Źródłem postępu nie był kunsztowny odgórny plan (ani w ogóle żaden plan), lecz bezpośrednia interakcja z otoczeniem. Jedna doskonała dysza powstała wskutek przetestowania 450 prototypów i odrzucenia 449 z nich.

Grafika na górze przedstawia pierwotny przekrój dyszy. Przekrój ostatecznego modelu, owocu 45 iteracji i 449 odrzuconych projektów, zamieszczono na dole. Takiego kształtu nie przewidziałby żaden matematyk.

[…]

👉 Zwyczajowo postrzegamy rozwój technologii jako proces napędzany odgórnie. Myślimy, że naukowcy akademiccy prowadzą abstrakcyjne badania, na ich podstawie powstają teorie, a one z kolei służą za punkt wyjścia praktykom budującym nowe maszyny, gadżety i rozwiązania techniczne.

Jest to tak zwany linearny model postępu, który można zilustrować za pomocą prostego schematu: Badania i teoria → Technologie → Zastosowania praktyczne. 👉 W przypadku rewolucji przemysłowej, na przykład, podręcznikowa wersja wydarzeń mówi, że zainicjowała ją w dużej mierze wcześniejsza rewolucja naukowa, a twórcy maszyn, które zmieniły oblicze świata, inspirowali się myślą Roberta Boyle’a, Roberta Hooke’a i Johna Locke’a.

Ten model historii ma zasadniczą wadę: bagatelizuje ogromny postęp, jakiego w niemal każdej dziedzinie dokonały osoby pokroju biologów z Unileveru, zdobywając wiedzę metodą prób i błędów. Terence Kealey, aktywny zawodowo naukowiec, w swojej książce "The Economic Laws of Scientific Research" (Ekonomiczne prawa badań naukowych) obala obowiązujący schemat przedstawiania rewolucji przemysłowej:


W 1733 roku John Kay wynalazł czółenko szybkobieżne, które pozwoliło zmechanizować tkanie, a w 1770 roku James Hargreaves zbudował pierwszą mechaniczną przędzarkę – spinning jenny. Oba te przełomy, podobnie jak osiągnięcia Wyatta i Paula (maszyna przędzalnicza z 1758 roku) oraz Arkwrighta (maszyna przędzalnicza z napędem wodnym z 1769 roku), stanowiły preludium do rewolucji przemysłowej, a jednak nie zawdzięczały nic nauce. Były to czysto empiryczne wynalazki zbudowane na drodze prób, błędów i eksperymentowania uzdolnionych rzemieślników, którym zależało na poprawie zdolności produkcyjnej, a co za tym idzie – dochodów swoich zakładów.


1 - Wykład Steve’a Jonesa: https://www.youtube.com/watch?v=for_WIKgdWg [dostęp: 18 stycznia 2017].
Zob. również: Owen Barder, http://www.owen.org/blog/4018 [dostęp: 18 stycznia 2017].

Cytat pochodzi z książki "Metoda czarnej skrzynki: Zaskakująca prawda o błędach i naturze sukcesu", której autorem jest Matthew Syed

 

Jak rządzą ludzie władzy

Główne rondo Warszawy: zwykle zakorkowane, puste w dniu 2020.03.16

Na jakiej zasadzie podejmowane są decyzje

W 8 marca br. weszła w życie uchwalona przez Sejm RP "Ustawa o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych, nazwana w skrówcie specustawą koronawirusową.

8 marca
Hospitalizowanych było 146 osób, 1548 było objętych kwarantanną, natomiast 6409 – nadzorem epidemiologicznym. Rząd zamknął gospodarkę: pracują tylko sklepy spożywcze i apteki. Sklepy budowlane też, ale ludzie są bardzo mocno spanikowani i unikają wszelkich kontaktów. Po Warszawie jeździ się bez żadnych problemów, ulice są puste.

Dzisiaj czyli 14 maja
Hospitalizowanych jest 2538, 96 708 jest objętych kwarantanną, a 18 256 nadzorem epidemiologicznym. Rząd poluzowuje gospodarkę: za dwa dni salony fryzjerskie otrzymają pozowlenie na działaność. Na ulicach Warszawy pojawiają się korki.

Dziwne te zarządzenia, jak było 6000 zarażonych to prawie zamknięto cały kraj, teraz jak zarażonych jest 3 razy więcej w zasadzie życie wraca do normy… Można odnieść wrażenie, że rządzący tak do końca nie wiedzą co robić i decyzje podejmują na podobnej zasadzie jak rabin w dowcipie:

Przyszedł Żyd do rabina i mówi “Rabi, żyję z żoną 10 lat i nie mam dzieci”.
Rabi zadumał się i mówi “A bijesz ją?”
“Nie” pada odpowiedź
“A widzisz…”

Po 11 latach przychodzi ten sam Żyd i mówi “Rabi, żyję z żoną 11 lat i nie mam dzieci”.
Rabi zadumał się i mówi “A bijesz ją?”
“Tak” pada odpowiedź
“Codziennie?”
“Nie”
“A widzisz…”

Po 12 latach przychodzi ten sam Żyd i mówi “Rabi, żyję z żoną 12 lat i nie mam dzieci”.
Rabi zadumał się i mówi “A bijesz ją?”
“Tak” pada odpowiedź
“A codziennie?”
“Tak”
“A bijesz kijem?”
“Nie”
“A widzisz…”

Po 13 latach przychodzi ten sam Żyd i mówi “Rabi, zatłukłem żonę a dzieci jak nie miałem tak nie mam”.
Rabi na to: “Szkoda, bo miałem jeszcze wiele dobrych pomysłów”

Kto wspiera rządzących w podejmowaniu decyzji

Podczas rozmowy dziennikarka zapytała ministra Szumowskiego także o to, jacy eksperci doradzają rządowi ws. epidemii koronawirusa, np. w sprawie tego co robić dalej czy kiedy i jak odmrażać gospodarkę:

- Czy może pan wymienić chociaż jedno nazwisko?

- Nazwisk oczywiście nie będę wymieniał, bo są to osoby prywatne. Są to eksperci z szeregu różnych uczelni i instytucji, takich jak UW, UJ, Państwowy Zakład Higieny. Ci eksperci nie są wynagradzani, pracują w większości społecznie. To są naukowcy, którzy tworzą modele. Rozmawiam z nimi regularnie, dzwonię do nich, a oni do mnie. Pytam się o różne przebiegi, pewne wątpliwości - powiedział Szumowski.

Na pytanie, dlaczego nie można ujawnić ich nazwisk, minister jeszcze raz powiedział, że są to osoby prywatne. - Nie wiem, czy chcą, by mówić o nich publicznie. Można zadzwonić do instytucji i zapytać, kto doradza. Ja tu nie jestem od tego, żeby osoby prywatne wskazywać - dodał.


[Źródło: https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,143907,25937336,szumowski-nadal-rekomenduje-wybory-korespondencyjne-to-najbezpieczniejsza.html]

Dziwne. Wprowadzono specustawę, kraj jest zablokowany, a minister zdrowia, z zawodu kardiolog, czerpie informacje o problemie w rozmowach prywatnych. Dlaczego nie powołał grona eksperckiego? Przecież każdy szanujący się manager, dbający o interes podległego mu podmiotu tak by zrobił, nieprawdaż?

Maseczki - dziwne regulacje

Zerknijmy na grafikę, w której internauta zestawił wypowiedzi ministra zdrowia na temat maseczek:

Zestawienie wypowiedzi ministra zdrowia Łukasza Szymowskiego

Od 16 kwietnia w Polsce obowiązuje nakaz zasłaniania nosa i ust w miejscach publicznych. Ministerstwo Zdrowia, które przez wiele tygodni rozwijającej się pandemii zapewniało Polaków, że noszenie maseczek nie jest konieczne, zmieniło zdanie.

[Źródło: https://www.medonet.pl/koronawirus-pytania-i-odpowiedzi/jak-sie-chronic,dlaczego-ministerstwo-zdrowia-zmienilo-zdanie-w-sprawie-maseczek-,artykul,60854550.html]

Maseczki - drugie dno

W innych kwestiach minister też łamie zasady dobrego zarządzania:

Kim jest Łukasz G. – góral, instruktor narciarski, który sprzedał ministerstwu Szumowskiego maseczki za 5 mln zł? Prawda w końcu wyszła na jaw.

„Gazeta Wyborcza” podała, że instruktor narciarski z Zakopanego – Łukasz G. – sprzedał Ministerstwu Zdrowia partię maseczek z podrobionymi certyfikatami. W następnych dniach w sprawie zaczął pojawiać się wątek brata Łukasza Szumowskiego. Teraz na jaw wyszło kim jest tajemniczy góral.

„Wyborcza” zarzuca, Szumowski się broni

„Gazeta Wyborcza” informowała, że Ministerstwo Zdrowia kupiło maseczki ochronne za ponad 5 mln złotych. Nie spełniały one jednak norm i nie nadawały się do użytku. „Zarobił na tym instruktor narciarski, przyjaciel rodziny Łukasza Szumowskiego. Transakcję ułatwił mu brat ministra zdrowia” – możemy przeczytać w gazecie.

Do tych rewelacji odniósł się w Radio Zet minister zdrowia Łukasz Szumowski. – Nikt nikomu nic nie ułatwiał. Każdą transakcję traktujemy w ten sam sposób – powiedział.

„On sam zgłosił się do ministerstwa”

Minister potwierdził, że maseczki o których napisała gazeta nie spełniają norm. – W związku z tym zażądaliśmy wymiany towaru na adekwatny – poinformował.

– On zgłosił się do ministerstwa jako normalny kontrahent, poszukiwał kontaktu, dostał ten kontakt, z tego co wiem od mojego brata. Na tyle było tej tzw. pomocy, przekierowanie do odpowiednich osób – powiedział minister.

Bracia Szumowscy zrobili interes na tajemniczym zakupie?

„Gazeta Wyborcza” podała również, że dwa dni po ogłoszeniu w Polsce stanu zagrożenia epidemicznego, z bratem ministra zdrowia Marcinem Szumowskim miał skontaktować się Łukasz G., który jest – według dziennika – instruktorem narciarskim z Zakopanego, przyjacielem rodziny Szumowskich. Miał on wtedy zaproponować Marcinowi Szumowskiemu w sms-ie sprzedaż pół miliona maseczek ochronnych.

Następnie brat ministra miał przekazać Łukaszowi G. kontakt do wiceministra zdrowia Janusza Cieszyńskiego odpowiedzialnego za rezerwy na czas epidemii. Jak podaje gazeta, instruktor narciarski powołując się na ministra zdrowia umówił się na spotkanie z Cieszyńskim. W konsekwencji między 20 a 30 marca Ministerstwo Zdrowia miało kupić od Łukasza G. 100 tys. maseczek FFP2 i 20 tys. maseczek chirurgicznych.

Resort wydał 5 milionów. Sprawę bada CBA

Według gazety resort zapłacił wówczas 4 mln 860 tys. zł. Ministerstwo miało dokupić jeszcze od Łukasza G. 10 tys. maseczek z Ukrainy (48 zł za sztukę) i 3 tys. przyłbic. Jak podała „Wyborcza” w kwietniu zakupy sprzętu ochronnego na czas pandemii – w tym także transakcję z Łukaszem G. – zaczęło badać CBA.

Kim jest Łukasz G. Człowiek, któremu udało się sprzedać ministerstwu trefne maseczki?

Portal „Gazety Krakowskiej” podaje, że Łukasz G. znany jest z osiągnięć w środowisku sportowym. Mężczyzna w przeszłości był reprezentantem Polski w narciarstwie alpejskim.

Obecnie ponad 40-letni góral jest na sportowej emeryturze, ale nie rozstał się z nartami. Pracował jako kierownik wyszkolenia w jednej z największych szkół narciarskich na Podhalu.

Do tej pory góral był osobą bardzo szanowaną w swoim otoczeniu. Teraz może się to jednak zmienić. Resort zdrowia doniósł bowiem na Łukasza G. i jego żonę Katarzynę do prokuratury. Ministerstwo Szumowskiego utrzymuje, że padło ofiarą oszustów.

Powiązań obu Łukaszów – „G.” i Szumowskiego – nie da się już jednak ukrywać. Góral od lat zna brata polityka – Marcina Szumowskiego. Natomiast ministra zdrowia i jego rodzinę mężczyzna uczył jazdy na nartach. Teraz szef resortu zdrowia zarzeka się jednak, że „choć zna Łukasza G., to nie nazwałby go swoim przyjacielem”.

Minister przyłapany na kłamstwie

Szumowski twierdzi, że ostatni raz widział się z mężczyzną przed laty podczas pobytu w Zakopanem. Przeczą temu jednak fakty – obaj mężczyźni spotkali się zaledwie 4 miesiące temu podczas charytatywnej imprezy zimowej 12 H Slalom Maraton. Na imprezie było zresztą wielu polityków z PiS, bo mąż organizatorki związany jest z partią rządzącą.

„Nigdy wcześniej nie handlował sprzętem medycznym”

Najdziwniejszy w tej sprawie jest jednak fakt, że Łukasz G. w ogóle wyszedł z taką propozycją do ministerstwa. „Gazeta Krakowska” podaje bowiem, że mężczyzna „nigdy wcześniej nie handlował sprzętem medycznym”.

„Ba! Choć w ministerstwie o sprzedaży – jak zapewniał – certyfikowanych maseczek dla chirurgów rozmawiał już 18 marca to jego żona Katarzyna G. firmę (która pośredniczyła w obrocie sprzętem medycznym) zarejestrowała dopiero 30 marca tego roku” – czytamy na portalu.

„Szybko zaczęli szastać pieniędzmi”

Jak udało się odkryć kim jest tajemniczy Łukasz G.? To bardzo proste. Rodzina górali nie ukrywała się specjalnie z faktem, że wzbogacili się na interesach z polskim rządem.

– Mieliśmy środek epidemii, na Podhalu nie było turystów, a rodzina G. w tym samym czasie rozpoczęła remont domu, zainstalowała fotowoltaikę, a na parkingu przed domem pojawił się nowy samochód campingowy, luksusowy mercedes i nowy motocykl. Wiadomo jak to jest w takich małych miejscowościach. Ludzie od razu widzą, że ktoś doszedł do pieniędzy. Zastanawialiśmy się skąd oni na to wszystko wzięli. Teraz już wiadomo – mówią ich sąsiedzi.


[Źródło: https://nczas.com/2020/05/14/kim-jest-lukasz-g-goral-instruktor-narciarski-ktory-sprzedal-ministerstwu-szumowskiego-maseczki-za-5-mln-zl-prawda-w-koncu-wyszla-na-jaw/ i Gazeta Wyborcza, Gazeta Krakowska]

Jednym z wymogów by uzyskać certyfikat jakości pracy firmy jest podanie listy zaufanych dostawców. Od kogo firma kupuje i dlaczego właśnie od tych firm? Na temat naszych zaufanych dostawców rozmawiałe z audytorem przeszło godzinę. To waże, bo zarówn towary jak i usługi muszą pochodzić z rzetelnej firmy, oferujacej produkty i usługi wysokiej jakości.

A tu bęc, najważniejsza firma w kraju kupuje od nie wiadomo kogo. Przyszedł człowiek z ulicy i ministerstwo mu zaufało? Ogarnia pusty śmiech.

Poprzednia ekipa rządzących skompromitowała się raz bo dała się nagrać podczas rozmów prywatnych, i dwa bo podczas tych rozmów dobitnie pokazali gdzie mają państwo, którym zarządzają.

Podejmowanie decyzji, afera z maseczkami i pokrętne tłumaczenia ministra dobitnie dowodzą, że i ta ekipa ma nasz kraj dokładnie tam, gdzie miała go poprzednia.

 

Ekspert okazał się kłamcą.

Za portalem nczas.com podaję arcyciekawą historię. Ot skąd bierze się Matrix - Kłamał, bo nigdy nie był kochany. W ten sposób chciał szerokiej publiczności zaimponować.

Ekspert okazał się kłamcą. Dzięki historiom o seryjnych mordercach zarabiał miliony. Wszystkie zmyślił

Był powszechnie szanowanym specjalistą od seryjnych morderstw. Autor wielu książek, eksperckich artykułów, wywiadów. Wszystkie historie opisywane przez Stephane’a Bourgoina okazały się jednak zmyślone.

Bourgoin przez lata uchodził we Francji za autorytet. Do tego stopnia, że pomagał w budowaniu profili psychologicznych sprawców zbrodni. Napisał 34 książki, które przetłumaczono na 10 języków.

Grupa dziennikarzy po przeprowadzeniu dochodzenia dowiodła jednak, że w rzeczywistości Bourgoin jest oszustem.

Zmyślone historie

Publikowane wywiady z seryjnymi mordercami okazały się zmyślone. Szkolenie członków amerykańskiego wywiadu FBI – kłamstwo. Prelekcje na konferencjach naukowych – wymysł. Współpraca z policją przy śledztwach – bujda. Zabójstwo żony – urojone w głowie. Oto prawdziwy obraz telewizyjnego „eksperta”.

Grupa 4ème Oeil Corporation, zrzeszająca anonimowych dziennikarzy, opublikowała na YouTube wideo, w którym wykazała liczne nieścisłości w historiach prezentowanych przez Bourgoina.

Początkowo Bourgoin próbował się bronić. Zażądał od YouTube’a usunięcia nagrania. I choć nagranie usunięto, to w internecie nic nie ginie. Ziarno zostało zasiane, lawina ruszyła, kropla zaczęła drążyć skałę.

Kolejne śledztwa obnażały wszystkie kłamstwa. Dziennikarze zadali sobie wreszcie trud, by zapytać FBI, czym Bourgoin dokładnie zajmował się w USA. Okazało się, że nikt go tam nie zna. Wizerunek „eksperta” nagle legł w gruzach.

Bourgoin ostatecznie do wszystkiego się przyznał. Zmyślił nawet historię o zabójstwie własnej żony. Strasznego czynu miał rzekomo w latach 70. dokonać któryś z seryjnych morderców w USA, co Francuza ostatecznie miało pchnąć zawodową ścieżkę. W rzeczywistości żona nigdy nie istniała.

Na łamach „Le Figaro” Bourgoin stwierdził, że kłamał, bo nigdy nie był kochany. W ten sposób chciał szerokiej publiczności zaimponować.

 

Świadectwo fundamentalnej zmiany

Kiedyś ludziska po raz pierwszy się okryli skórą, teraz róznego rodzaju okrycia stały się z nami nierozłączne nierozłączne - ubranie jest zintegrowanym elementem obiektu człowiek.

Na początku XXI wieku jesteśmy świadkami tak masowego zastosowania ochrony układu oddechowego. Ciekawe za ile lat maseczki, a może i całe skomplikowane systemy sztucznego oddychania, również staną się zintegrowanym elementem obiektu człowiek.

Jeśli, co jest logiczne, bo nikt nie chce umierać, za pomocą medycyny ograniczamy stosowany przez ewolucję biologiczną naturalny mechanizm Twórczej destrukcji to w celu zapewnienia naszego Vivacitas musimy się liczyć ze zwiększeniem ponoszonych kosztów.

Pingwin podczas nocy polarnej może nie odżywiać się przez 3 miesiące, a my do tego by przeżyć już niedługo będziemy potrzebowali 1 kilo Wata energii zewnętrznej. I zapotrzebowanie na nią wciąż będzie rosło. Dopóki będziemy w stanie wyprodukować tę energię dla wszystkich, dopóty będzie wszystko w miarę OK. Jednak gdy popyt przerośnie podaż system sam z siebie zastosuje Regułę korekty.

 

Reakcja na pandemię - precyzyjny scenariusz?

Nie mogę się oprzeć, żeby nie zapytać Pana o opinię w sprawie "nowej normalności" w Polsce. Jak Pan świetnie zauważył w jednym z ostatnich wystąpień wRealu24 brakuje jakiegokolwiek profesjonalnego gremium, które informowałoby społeczeństwo o istocie zagrożenia. Panuje pełny chaos i może o to chodzi. Czy jest możliwe???, aby na powstałą jak grom z jasnego nieba "pandemię" był opracowany tak precyzyjny scenariusz, z jego nowomową: nosiciel bezobjawowy, prawdopodobny nosiciel, przymusowa kwarantanna, izolatka, poszukiwanie ognisk zapalnych na siłę głównie w DPS-ach itp. Obawiam się, że jest to jakieś globalne zwiedzenie, tylko w jakim celu? z pewnością uderzono w byt materialny i duchowość człowieka -zamykanie kościołów.

PS. Czy może ktoś chce nam odebrać resztki wolności pod pozorem tzw. "pandemii". Jak sądzę, maski są takim symbolicznym zniewoleniem a kto ich nie nosi jest prawie przestępcą. Trudno pojąć, jak łatwo Polacy założyli te koszmarne maseczki, które nie mając uasadnienia są formą upodlenia.
Może należałoby się już zacząć organizować przeciwko tym globalnym zamordystom. Jeden pozytyw to to, że system się pięknie obnażył.

pozdrawiam serdecznie i dziękuję z góry za odpowiedź

Mamy za mało informacji, by precyzyjnie odpowiedzieć na Pani pytania. Można tylko domniemywać…

Ja całą sprawę widzę tak, że koronawirus, bez względu na to jakie stanowi zagrożenie, oraz testy na jego wykrywanie są świetnym pretekstem do ukrycia nieudolności w zarządzaniu krajem. Dotyczy to nie tylko Polski. Przedsiębiorstwa państwowe w większości są zarządzane tragicznie. Zadłużenie szpitali, horrendalne dopłaty do PKP, LOT'u i TVP to tylko wierzchołek góry lodowej. Przepisy, w tym przepisy unijne, nie pozwalają na niczym nieskrępowany dodruk pieniądza, tak jak było to za PRL'u i jak jest teraz w Wenezueli. Dlatego stosuje się różnego rodzaju sztuczki. A to restrukturyzację - między innymi od momentu jej ogłoszenia wszystkie zaległe faktury nie są już płacone. Dostawcy "płyną" na duże pieniądze. A to upadłość - tak jak przy restrukturyzacji nie płaci się już więcej, a dostawca zostaje z nieopłaconą fakturą w garści. Proszę zauważyć, że dostawca wystawił fakturę i nie otrzymał pieniędzy, ale podatki zapisane na tym świstku papieru zapłacić musiał. Takich sztuczek jest bardzo wiele, ale wiedzą o nich tylko nieliczni.

A kto korzysta? Pracownicy tych przedsiębiorstw, bo pracują gorzej a pensje dostają, sędziowie prowadzący sprawy, syndycy itp. Poniżej autentyczny cytat jedenej z pracownic takiej placówki:

cóż ja mogę powiedzieć… Na wszystkich kontrahentach mamy zadłużenie sięgające XX mln, a przeterminowania dochodzą do 8 miesięcy. Po drodze różne dziwne działania typu: umorzenia długów, zastrzyki finansowe, dopłaty inwestycyjne, restrukturyzacja, które kompletnie nic nie dały. A teraz ta upadłość i, rzecz jasna, winnych nie ma.
To między nami.

Sytuacja placówek państwowych była jak napięta struna, wszystko by za chwilę strzeliło… ale pojawił się wirus. Któż na ich miejscu nie skorzystałby z takiej okazji?

Realność zagrożenia
My do końca nie wiemy na ile ten wirus jest zagrożeniem, ale ponoć 80% zarażonych czuje się jak gdyby nigdy nic. Proszę zerknąć Na co umierali Amerykanie w roku 2009. Czy statystyki i pfrofile śmiertelności się zmienią? Tego chyba się nigdy nie dowiemy.

Nasi rządzący chyba w tego wirusa nie wierzą, bo sami nie przestrzegają swoich własnych ustaleń. Kazali nam trzymać dystans i nosić maski, a ich samych złapano i w sejmie i na cmentarzu, że tych reguł nie przestrzegają. Czyli ich ustalenia są dla nas, a nie dla nich.

Każdy, kto zarządza(ł) firmą wie, że jak jest problem to się idzie do fachowców - ot choćby po to by potem w razie czego pokazywać, że decyzje były podejmowane w oparciu o wiedzę ekspertów. Kolokwialnie rzecz ujmując by mieć "dupochron".Na miejscu rządu powołał bym komisję z kilku wirusologów i epidemiologów i kazał im mówić co rząd mam robić. My w Polsce nie mamy takiego grona ekspertów. Ale nie słyszałem też by gdzie indziej takowe były. Tu ktoś coś powiedział, a tam ktoś inny coś innego… A sytuację zamiast epidemiologa ratuje… bankier.

Zresztą gdy zamykano gospodarkę zarażeń było mniej, niż teraz gdy gospodarkę się odmraża…

Środki zaradcze
Moją wątpliwość budzą również środki zaradcze podjęte rząd. Po pierwsze podjęte zostały bardzo (wręcz podejrzanie) szybko, po drugie to w jaki sposób można się ubiegać o pomoc wskazuje na to, że pomoc ta będzie głównie dla swoich. Ale tu uwaga jest taki drobny szkopuł - damy wszystkim, bo przecież dodrukować można dowolną ilość pieniędzy. Swoim damy tyle ile potrzebują, pozostałym też, ale swoim już po wszystkim wszystko umorzymy, a z pozostałymi się zastanowimy i może powiemy, że oszukali i im zabierzemy, albo zostawimy. Zobaczy się później… Poza tym ta pomoc oparta jest o akceptację urzednika, a nie o tak zwany wymóg formalny, inaczej mówiąc obiektywne kryterium systemowe. Co przez to rozumiem? Wytłumaczę to na przykładzie: "Jeśli nie zarobiłeś w danym miesiącu 3000 zł to automatycznie nie płacisz ZUS'u". Ten warunek należałoby nieco skomplikować by ludzie celowo nie zaniżali dochodów, ale… nawet niech tam zaniżają, to przecież i tak dotyczy tylko tych najmniej zarabiających. Bo takim tylko należy pomagać.

To wszystko są dywagacje. Najważniejsze jest wydrukowanie pieniędzy w dowolnie potrzebnej ilości i rozdysponowanie ich po to by wyciągnąć panstwowych bankrutów z zadłużenia i przy okazji dać ich kadrze zarządzającej (i sobie) nagrody. W tych firmach państwowych na kierowniczych stanowiskach i małopotrzebnych, acz wysokopłatnych etatach wszyscy są znajomymi i kumplami, proszę zerknąć na to Syn premiera Donalda Tuska w Chinach. Za publiczne pieniądze.

To według mnie jedyny powód dlaczego zdecydowana większość rządzących tak skwapliwie skorzystała z tej sytuacji. Wtórują im oczywiście zależni dziennikarze i zdecydowana większość pracowników państwowych, a to dlatego, że w nich samych ograniczenia bezpośrednio nie uderzają. Podążamy za Wenezuelą.

Na zdjęciu powyżej - Nicolás Maduro Moros, wykształcenie: średnie, zawód: kierowca autobusu, stanowisko: prezydent, najważniejsze osiągnięcie: doprowadził do ruiny gospodarczej 30 milionowy kraj.

 

Jak werbuje się ludzi

Nie wiem dlaczego ale jeden z cytatów, który uważam za bardzo ważny, jeszcze nie znalazł się na tym portalu. No cóż muszę naprawić ten błąd. Lepiej późno, czyli dziś, niż wcale. A z cytatem zetknąłem się w roku 1991.

Wiktor Suworow w książce "Akwarium" wyjaśnia jak tajne służby werbują ludzi. Tak jak kandydaci na inżynierów projektują skrzynie biegów i silniki, tak studenci starszych lat szkoły wywiadu, dla treningu, w ramach pracy dyplomowej werbują… obywateli własnego kraju.

Jeśłi zna się zasady, prawa, reguły i mechanizmy i ma się sporo doświadczenia w danej dziedzinie można zaprojektować silnik albo zwerbować donosiciela. I tu, i tu, ta sama fizyka.

Oto twoje bojowe ćwiczenie.
Obiekt: Zakłady Rakietowe w Mytiszczach.
Zadanie: znaleźć odpowiedniego człowieka i zwerbować go.
Cel pierwszy: poznać praktykę prawdziwego werbunku.
Cel drugi: wykryć ewentualne kanały, których wrogie służby wywiadowcze mogłyby użyć celem werbowania naszych ludzi w ośrodkach o szczególnym znaczeniu strategicznym.
Ograniczenia: po pierwsze, całą operację należy przeprowadzić w dni wolne od zajęć, w niedziele, święta i podczas urlopu, więc nie licz, że zostanie ci wydzielony czas na werbunek; po drugie, ograniczenia finansowe: wszelkie koszta pokrywa się wyłącznie z własnej kieszeni, nie otrzymasz ani kopiejki z funduszy operacyjnych. Pytania?

- Co wie o tym KGB?
- Wie tylko tyle, że za zgodą Wydziału Organów Administracyjnych KC prowadzimy podobne działania regularnie na terenie całego miasta i okolic. Jeżeli KGB cię aresztuje, wyciągniemy cię z tarapatów, ale… za granicę już nie poślemy.
- Co mam prawo powiedzieć werbowanemu o sobie i o swojej organizacji?
- Wszystko, na co masz ochotę. Oprócz prawdy. Werbujesz go nie w imieniu radzieckiego państwa, to potrafiłby każdy głupi, ale we własnym imieniu i za własne pieniądze.
- To znaczy, że gdybym go zwerbował, będzie uchodzić za prawdziwego szpiega?
- Dokładnie. Z jedną istotną różnicą: przekazane przezeń informacje nie opuszczą granic kraju.
- Ale to w żadnym stopniu nie łagodzi jego winy?
- W żadnym.
- Cóż go czeka?
- Artykuł 64. Kodeksu karnego. Czyżbyś nie wiedział?
- Wiem, towarzyszu pułkowniku.
- No, to życzę powodzenia. Pamiętaj, powierzono ci sprawę wagi państwowej. Ucząc się równocześnie pomagasz naszemu państwu pozbywać się potencjalnych zdrajców. Cała grupa otrzymała podobne zadania, tyle że w innych obiektach. Cała Akademia robi to samo. Rokrocznie. Ostatnia sprawa: podpisz tutaj, że otrzymałeś zadanie. To całkiem poważne zadanie.

Teoria werbunku głosi, że na wstępie należy zlokalizować dany obiekt. Nie jest to trudne. Mytiszcze to niewielkie miasteczko pod Moskwą. W samym miasteczku znajdują się duże zakłady. Drut kolczasty rozciągnięty na izolatorach. Nocą fabrykę zalewa morze jaskrawego światła. Za ogrodzeniem ujadają wilczury. Nie ma mowy o pomyłce. Zresztą przedsiębiorstwo musi mieć odpowiednią nazwę. Jeżeli napis nad bramą głosi, że zakład produkuje elektryczne oprzyrządowanie do traktorów, może to znaczyć, że poza produkcją zbrojeniową wytwarza również coś dla traktorów, ale gdy widnieje nic nie mówiąca nazwa typu „Uralmasz", „Kuźnica Leninowska", „Sierp i Młot" - możecie nie mieć wątpliwości: fabryka zbrojeniowa w czystej postaci.

Druga zasada werbunku przypomina, że nie trzeba forsować ogrodzeń. Ludzie sami wychodzą z zakładu. Zmierzają do czytelni, do klubów sportowych, do restauracji, na piwo. W pobliżu wielkiej fabryki musi znajdować się osiedle, gdzie żyje spora część pracowników, gdzie mieści się szkoła, przedszkole, przychodnia, tereny rekreacyjne itp. To wszystko trzeba sprawdzić.

Trzecia zasada werbunku mówi, że nie ma potrzeby werbować dyrektora ani naczelnego inżyniera, o wiele prościej zwerbować ich sekretarki, które wiedzą nie mniej niż ich zwierzchnicy. Z tym kłopot: reguły szkoleniowego werbunku zakazują nam rekrutacji kobiet. Za granicą - proszę bardzo, na treningach - nie wolno. Trzeba znaleźć kreślarza, programistę, archiwistę tajnej dokumentacji, obsługę fotokopiarki itp.

Wszyscy otrzymaliśmy podobne zadania i każdy szykuje własny plan, jak przed decydującą bitwą. Ćwiczebny werbunek wcale nie jest łatwiejszy niż bojowy. Jeżeli gdziekolwiek na Zachodzie przyłapią cię na takim procederze, zapłata może być tylko jedna - ekspulsja. Natomiast jeżeli dopuścisz się błędu na treningu i wpadniesz w łapy KGB, konsekwencje są poważniejsze: nigdy nie wypuszczą cię na Zachód. Na placówce zagranicznej masz do dyspozycji niezbędny czas, finanse też nie są ograniczone, a tutaj sesja na głowie: egzaminy ze strategii, z taktyki, z sił zbrojnych USA, z dwóch języków obcych. Kombinuj, jak potrafisz. Chcesz, ucz się do egzaminów, chcesz - werbuj.

Przede wszystkim wyznaczyłem sobie hipotetyczny obszar o średnicy jednego kilometra wokół fabrycznych murów. Na tym terenie noga moja nie może postać. Tam każdy centymetr kwadratowy jest pod bezustanną obserwacją KGB. Nic tam po mnie. Teraz wyczekuję końca zmiany. Jęknęła syrena. Z bramy wylewa się czarny potok ludzi. Gwar, tupot, śmiech.

Na przystanku autobusowym tłum. Skrzypi śnieg. Latarnie spowija mroźna mgła. Ludzie gadają, pokrzykują, rozchodzą się po knajpach i barach. Na razie to mnie nie interesuje, to zbyt ryzykowna droga, zachowam ją na wypadek, gdyby inne warianty nie wypaliły. Teraz potrzebuję biblioteki. Jak ją znaleźć? Nic prostszego. Trzeba obserwować, dokąd też podążają okularnicy. Przyczepiłem się do takiej grupki inteligentnie wyglądających chłopaków. Miałem rację, szli do biblioteki. Nie, to nie tajna biblioteka, tajną mają na terenie zakładu. Zwyczajna, osiedlowa, wstęp wolny. Wchodzę razem z nimi. Puszczam oko do dziewczyny za stołem, uśmiecha się do mnie - i stoję przy półkach.

Przeglądam książki i bacznie obserwuję, kto się czym interesuje. Potrzebuję punktu zaczepienia. O, tamten rudy okularnik przebiera w fantastyce naukowej. Dobrze. Zaczekamy na niego. Przeszedł do drugiej półki, potem do następnej.

- Przepraszam - szepcę mu do ucha - gdzie tu jest fantastyka naukowa?
- O, tam.
- Gdzie, nie widzę?
- Chodźmy, pokażę wam.

Dopiero po dwóch dniach udało mi się nawiązać dobry kontakt.

- Gdzie mogę znaleźć coś o kosmonautach? O Ciołkowskim?
- Tutaj, na drugiej półce.
- Gdzie, gdzie?
- Chodźmy, pokażę wam.

W filmach szpiegowskich oficer wywiadu błyszczy elokwencją i dowcipem. Jego argumenty są nieodparte i ofiara bez trudu przystaje na wszystkie propozycje. Kompletna bzdura. W rzeczywistości wszystko odbywa się zupełnie inaczej. Czwarta zasada werbunku głosi, że każdy człowiek nosi w sobie masę genialnych pomysłów i każdy najbardziej cierpi dlatego, że nikt go nie chce słuchać. Problemem w życiu człowieka jest znalezienie sobie słuchacza. Każdy szuka słuchacza dla siebie samego i nie kwapi się do wysłuchiwania cudzych bredni.

Kunszt werbunku sprowadza się przede wszystkim do umiejętności uważnego słuchania rozmówcy. Nauczyć się słuchać bez przerywania - sukces zagwarantowany. To bardzo trudna sztuka. Chcesz znaleźć przyjaciela - słuchaj nie przerywając. Znalazłem sobie przyjaciela. Przeczytał wszystkie książki o Canderze, Ciołkowskim, Korolowie. Mówiąc o nich wspominał czasem zakazanych wynalazców i uczonych: Jangela, Czełamieja, Babakina, Steczkina. Ja tylko słuchałem.

W bibliotece nie można głośno rozmawiać, w ogóle obowiązuje cisza. Słuchałem go na zaśnieżonej leśnej polance, gdzie biegaliśmy na nartach, w kinie, gdzie oglądaliśmy „Poskromienie ognia", w małej kawiarence, gdzie pociągaliśmy piwo.

Piąta reguła werbunku, to zasada truskawek. Lubię truskawki. Lubię łowić ryby. Jeżeli zacznę łowić ryby zakładając na przynętę truskawki, nie złowię ani jednej. Rybie trzeba zaproponować to, co lubią ryby - dżdżownicę. Jeżeli chcesz się z kimś zaprzyjaźnić, nie rozmawiaj z nim o truskawkach, które ty lubisz. Rozmawiaj o dżdżownicach, które on lubi.

Mój przyjaciel miał fioła na punkcie systemów doprowadzania paliwa ze zbiorników do silników rakietowych. Istnieją dwa sposoby tłoczenia paliwa: pompy wirowe i systemy wyporowe. Słuchałem go i przytakiwałem. W pierwszych niemieckich rakietach zastosowano pompę wirową. Dlaczego obecnie zarzucono ten prosty i tani patent? A rzeczywiście - dlaczego? Ten sposób, choć wymaga zbudowania nadzwyczaj solidnych i precyzyjnych turbin, chroni nas przed sporą nieprzyjemnością - eksplozją zbiorników paliwa w razie skoku ciśnienia sprężonej mieszanki wyporowej. Zgadzam się z tym w zupełności.

Na następnym spotkaniu miałem w kieszeni magnetofon w formie papierośnicy; przez rękaw marynarki biegi cieniutki przewód do mikrofonu, wmontowanego w mój zegarek. Siedzieliśmy w restauracji i gadaliśmy o perspektywach wykorzystania czterotlenku dwuazotu jako utleniacza i mieszanki ciekłego tlenu z naftą jako właściwego paliwa. Uznał, że jest to co prawda kombinacja przestarzała, ale sprawdzona w działaniu, więc na dwadzieścia lat mamy spokój.

Nazajutrz puściłem nagranie Słoniowi. Popełniłem dość poważny błąd natury technicznej: nie należy umieszczać mikrofonu w zegarku, jeżeli rozmowa toczy się w restauracji. Przeraźliwy brzęk sztućców na pierwszym planie po prostu ogłuszał, a nasze głosy dochodziły jakby z oddali. Niezwykle ubawiło to Słonia. Raptem spoważniał i zapytał:

- Co on wie na twój temat?
- Tylko tyle, że mam na imię Wiktor.
- A nazwisko?
- Nigdy nie zapytał.
- Kiedy masz następne spotkanie?
- W czwartek.
- Przed tym spotkaniem zorganizuję ci konsultację w X Zarządzie Informacji GRU.

Będzie z tobą rozmawiać oficer, zajmujący się analizą amerykańskich silników rakietowych. Wie, naturalnie, masę także o naszych silnikach. On da ci prawdziwe zadanie, takie, które by go interesowało, gdybyś miał się spotkać z amerykańskim inżynierem rakietowym. Jeżeli potrafisz wydusić z okularnika w miarę jasną odpowiedź, to możesz uznać, że ci się powiodło. Jemu nie…

Informacja GRU zapragnęła dowiedzieć się, co mój znajomy wie o paliwie borowodorowym.

Siedzimy w obskurnej piwiarni i mówię mojemu przyjacielowi, że paliwo borowodorowe nigdy nie będzie zastosowane. Nie wiem, dlaczego jest przekonany, że pracuję na czwartym wydziale fabrycznym. Nigdy nic podobnego mu nie mówiłem, zresztą nawet nie mam pojęcia, co to za czwarty wydział. Rzuca mi długie, badawcze spojrzenie:

- To u was na czwórce tak myślą. Znam ja was, asekurantów. Toksyczność i wybuchowość… Wszystko prawda.

Za to jaka wydajność energetyczna! Zastanawialiście się nad tym? Toksyczność można zredukować, nasz drugi wydział nad tym pracuje. Wierz mi, sukces gwarantowany, a wtedy otworzą się przed nami niesłychane możliwości…

Przy sąsiednim stoliku poznaję czyjeś znajome plecy. Czyżby Słoń? Tak jest. W towarzystwie jakichś imponujących osobistości.

Następnego dnia Słoń pogratulował mi pierwszego werbunku.

- Szkoleniowy. Ale to nic. Zanim kociak zostanie kotem, musi zaczynać od piskląt, a nie od wróbli. A o borowodorowym paliwie zapomnij. To nie dla ciebie sprawy.
- Rozkaz zapomnieć!
- Okularnika też zapomnij. Jego sprawę razem z twoimi raportami i nagraniami przekażemy komu należy. Żeby trzymać Bezpiekę w ryzach, Komitet Centralny potrzebuje konkretnych materiałów o złej pracy KGB. Skąd je wziąć? Proszę bardzo!

Słoń otwiera na oścież sejf, pełen meldunków moich kolegów o pierwszych ćwiczebno-bojowych werbunkach…

 

Zapomniane przykazanie

Świetne wytłumaczenie jak funkcjonuje państwo pióra Rafała Ziemkiewicza. Artykuł ukazał się w “Niedzieli Ogólnopolskiej” Nr. 41/2018

Skoro Bóg, który dał nam przykazania, uznał za słuszne przestrzec nas osobno przed samym tylko pożądaniem tego, co do nas nie należy, powinniśmy wyciągnąć stąd wniosek, że istnieje pewien rodzaj zła, u którego źródła może leżeć sama chęć posiadania cudzego dobra.

Nie słyszałem, aby ktokolwiek badał, które z przykazań najmocniej tkwi przeciętnemu człowiekowi w pamięci. Ale gotów jestem pójść o zakład, że w takim badaniu dziesiąte przykazanie byłoby wymieniane najrzadziej, jeśli w ogóle.

Powiedziałbym nawet – jeśli nie jest to sformułowanie zbyt frywolne – że owo przykazanie ma wręcz pecha. Już choćby przez to, że w tradycyjnym polskim przekładzie została z niego tylko połowa: „ani żadnej rzeczy, która jego jest”. Druga połowa zawarta jest w poprzednim i trzeba chwili umysłowego wysiłku, żeby połączywszy jedno z drugim, uświadomić sobie jego znaczenie: nie pożądaj żadnej rzeczy, która należy do bliźniego.

Nie pożądaj

Na tym nie koniec, bo dokonawszy tego, łatwo uznać, że właściwie dziesiąte przykazanie powtarza tylko nieco innymi słowami to, co raz już zostało powiedziane w przykazaniu siódmym: „nie kradnij”. Od takiego zaś stwierdzenia prosta już droga do tego, by uznać zakaz pożądania cudzych dóbr za swego rodzaju naddatek, uzupełnienie do przykazania siódmego, o które można dbać, no, powiedzmy, odrobinę mniej niż o wszystkie pozostałe. Bardzo to niebezpieczna myśl. Skoro Ten, który dał nam przykazania, uznał za słuszne przestrzec nas osobno przed samym tylko pożądaniem tego, co do nas nie należy, powinniśmy raczej wyciągnąć stąd wniosek, że istnieje pewien rodzaj zła, u którego źródła może leżeć sama chęć posiadania cudzego dobra. Że owo zło możemy powodować, wcale nie uczestnicząc w kradzieży, nie wyciągając osobiście ręki po cudze. Że, krótko mówiąc, skoro osobno nas o tym uprzedzono, powinniśmy się chrapki na nie swoją własność wystrzegać szczególnie pilnie.

Czy o tym pamiętamy? Ani trochę. Przytłaczająca większość ankietowanych przez CBOS Polaków podpisała się pod stwierdzeniem, że bogatych powinno się obciążać kosztami świadczeń na rzecz uboższych, że jest niesprawiedliwe, aby jeden miał, a drugi nie, i że państwo powinno wyrównywać takie dysproporcje za pomocą podatków. Przy czym tak się jakoś składa, że odsetek ludzi podzielających tę opinię wzrastał szczególnie wśród tych, którzy sami są ubodzy (a w każdym razie za takich się uważają). Skoro nam brakuje, chcemy korzystać z tego, co należy do innych: w takim duchu wychowywano nas od dziesięcioleci. Nie widzimy nic złego w tym, że po to, by pomóc ubogim – czyli nam – państwo zabierze komuś tam bogatszemu, kogo zresztą nawet nie znamy. Ba, gotowi jesteśmy uważać, że nam się to, w imię sprawiedliwości społecznej, należy! I nikomu, naprawdę nikomu (a rozmawiałem o tym nie raz, proszę mi wierzyć) nawet nie przyjdzie do głowy, że to sprzeczne z podstawami katolicyzmu. – Dlaczego? – dziwią się ludzie. – Przecież wszyscy tak uważają, przecież to normalne i na całym świecie się tak robi.

Trudno o bardziej dobitny przykład spustoszeń, jakie poczynił socjalizm w mózgach pokoleń: niemal wszyscy uważamy, że nam się od państwa należy to czy tamto, że to rząd powinien nam zapłacić za szkołę, lekarza, dać emeryturę. Skąd rząd to weźmie – nikogo już nie obchodzi. No cóż, komuś zabierze, ale przecież tamten ktoś ma dużo, a nam nie starcza. Zresztą my sami, osobiście, nic nikomu nie zabieramy. My mamy czyste ręce; bierzemy tylko to, co nam się należy. Nie ma więc powodów do wyrzutów sumienia…

Czy bogaci płacą podatki?

Bardzo ciekawą uwagę zapisała w swoim „Dzienniczku” św. Faustyna Kowalska: Co robi Pan, kiedy grzeszymy? Napomina nas i stara się zawrócić ze złej drogi. Ale co robi, kiedy grzesznik okaże się zatwardziały i na owe napomnienia nie zważa? Ano wówczas Pan udziela mu nauczki ostatecznej: po prostu spełnia jego marzenia.

Nie inaczej dzieje się z nami; ze społeczeństwami, które w ostatnim stuleciu dały się skusić obietnicom socjalistów i zupełnie wyrzuciły z pamięci ostrzeżenie, by nigdy nie pożądać żadnej rzeczy, która należy do kogo innego. Marzenia o bezpłatnych szkołach, lekarzu czy przeróżnych innych świadczeniach zostały wszak spełnione. I czy naprawdę jesteśmy z tego zadowoleni?

Wystarczy chwila starannego przyjrzenia się mechanizmom rządzącym gospodarką, by zauważyć podstawowe kłamstwo, którego zdemaskowanie obraca wniwecz wszelkie teorie „sprawiedliwości społecznej”: swych dochodów, przeznaczanych na poprawianie standardu życia ubogich, państwo nie czerpie wcale od najbogatszych! Potoczne przekonanie o ich większym obciążeniu, a co za tym idzie – wszelkie teorie bazujące na tym przesądzie są po prostu kompletną bzdurą zdatną do mamienia maluczkich, lecz absolutnie niewytrzymującą krytyki. W istocie bowiem to właśnie bogacze są w państwie opiekuńczym jedyną grupą, która de facto żadnych podatków nie płaci.

Dlaczego bogaci nie płacą podatków? Z kilku powodów. Po pierwsze – nawet w krajach bardzo zamożnych, gdzie przez wiele lat panował „dziki” kapitalizm, jest ich po prostu zbyt mało, by, razem wzięci, mogli wnieść do państwowej kasy znaczącą sumę. Nawet gdyby ich zrujnowano, zagarnięte fortuny rzucone do podziału między całe społeczeństwo zniknęłyby niczym śnieg na kuchennej płycie. Państwo musi więc szukać dochodu gdzie indziej – skubiąc ubogich. Wie to każdy kupiec, że zarabia się na obrocie, a nie na sztuce; podobna zasada obowiązuje w podatkach: tysiąc emerytów oddających po 20 proc. swych dochodów przynosi rządowi znacznie więcej niż dziesięciu bogaczy, nawet gdyby tym ostatnim zabrano po połowie mienia.

Jednak zabrać im tego fizycznie nie sposób – i to po drugie – chyba że w drodze jednorazowej, policyjnej konfiskaty, jak to zrobili bolszewicy. Bogactwo bierze się bowiem z reguły z produkcji bądź świadczenia usług. Każdy zatem podatek, którym państwo obciąży takiego przedsiębiorcę, zostaje przez niego przerzucony w cenę produktów i usług. Płacą go więc nie właściciele fabryk, tylko klienci kupujący ich wyroby, z reguły ubodzy. Ba, w ten sposób na ubogich przerzucane są nawet podatki nałożone na towary luksusowe; bogacze, którzy jako jedyni takie towary kupują, muszą wszak odbić sobie poniesiony wydatek i czynią to opisanym wyżej sposobem.

Finansowa spirala

Czy zatem opodatkowanie przedsiębiorców nie niesie ze sobą zgubnych skutków? Niestety, niesie. Skutkiem podnoszenia podatków jest wzrost cen. I tutaj zaczyna działać fatalny w skutkach dla kraju mechanizm. Drogim wyrobom trudniej znaleźć nabywców, spada więc na nie popyt i po pewnym czasie część producentów musi ograniczyć produkcję, a to oznacza zwalnianie pracowników. Zwolnieni, utraciwszy źródło dochodów, ograniczają swe zakupy tylko do tego, co najpotrzebniejsze: to z kolei sprawia, że popyt na rynku maleje jeszcze bardziej, a kolejne firmy zwalniają pracowników, którzy ograniczają swoje zakupy, i tak dalej. Błędne koło rusza.

Jego obroty znakomicie przyśpiesza rząd, który chcąc kupić sobie zwycięstwo w następnych wyborach, czym prędzej idzie za „głosem ludu” i przydziela bezrobotnym zasiłki. Naturalnie, aby to zrobić, musi dysponować pieniędzmi, a więc podnosi podatki i tym samym nakręca wiodącą w dół spiralę. Aby rozdzielać zasiłki, rząd musi dysponować odpowiednim biurokratycznym aparatem, który będzie bezrobotnych rejestrował, rozdzielał, co jest do rozdzielenia, pisał sprawozdania etc. A to kosztuje. W Polsce A.D. 1993 ogólna suma wydana z budżetu państwa na opiekę nad bezrobotnymi była sześć razy większa od łącznej sumy wypłaconych zasiłków. Co oznaczało, że aby wypłacić bezrobotnemu milion, rząd wydawał pięć milionów na biurokrację.

Ale to, oczywiście, nie wszystko. Żeby przeciwdziałać bezrobociu, rząd zaczyna ustalać rozmaite podatkowe ulgi – np. inwestycyjne lub na tworzenie nowych miejsc pracy. Musi także ustępować przed silnymi grupami nacisku, które mogłyby go obalić – rolnikami, górnikami etc. (choć, o czym grupy te nie wiedzą, prędzej czy później i tak im się do kieszeni dobierze). System podatkowy staje się coraz bardziej skomplikowany i po pewnym czasie nikt już, poza specjalistami, nie potrafi się zorientować w labiryncie ulg, zwolnień i wykluczających się wzajemnie przepisów.

Kontrolować kontrolujących?

I tu dopiero zaczyna się istny raj dla kombinatorów. Nasz bogacz czym prędzej zatrudnia wyspecjalizowanych w „doradztwie podatkowym” prawników, którzy zręcznie wypełniają papiery, i ma kłopot z głowy. To jest trzeci powód, dla którego nie można z niego, tak naprawdę, ściągnąć podatków. Im więcej zarabia, tym lepszych specjalistów może zatrudnić; najbogatsi zatrudniają wręcz tych samych, którzy doradzają rządowi… jak ściągać podatki z tych, którzy się od ich płacenia migają różnymi prawnymi kruczkami. Nic, tylko być doradcą podatkowym.

W okresie świątecznym w Warszawie (gdzie indziej zapewne też, ale Warszawę znam z autopsji) niemal wszystkie restauracje przeżywają istną inwazję chętnych do organizowania w nich przyjęć. Czemu? Ano, rachunek za takie przyjęcie można włożyć w koszty firmy, czyli przerzucić na jej klientów. I tak jest ze wszystkim. Biznesmen jeżdżący limuzyną i obnoszący się z najnowszym telefonem komórkowym zarabia przeciętnie… kilkadziesiąt tysięcy złotych. Oficjalnie. Samochód i telefon to własność firmy. I cóż zrobić? Niektórzy twierdzą: rozbudować kontrolę skarbową, konfiskować, poddać ceny oficjalnej kontroli, aby „spekulanci i paskarze” nie mogli ich zawyżać, i karać, karać… Ale bądźmy realistami – wszystko to było już ćwiczone i skończyło się sromotną klęską. Kto będzie kontrolować? Jeśli urzędnik jednym podpisem będzie decydować o czyichś miliardowych dochodach, to czy oprze się on pokusie wzięcia łapówki? Kto go dopilnuje? Przecież nie postawimy przy każdym policjanta, a przy każdym policjancie drugiego, żeby pilnował kolegi. Choćby z tej przyczyny, że nie ma na to pieniędzy w wiecznie dziurawym budżecie, który musi już pokrywać koszty zasiłków oraz koszty coraz bardziej rosnącego aparatu kontroli skarbowej i biurokracji z urzędów pracy…

Uważny czytelnik może sądzić, że przyłapał mnie na sprzeczności. Z jednej strony piszę bowiem, że przedsiębiorców nie można opodatkować, że płacą za nich ich klienci i tak naprawdę nic im to nie szkodzi, z drugiej zaś – że przedsiębiorcy szukają sposobów, by się od płacenia podatków wykręcić. Jak to jest?

Precyzyjna układanka

Otóż, wbrew pozorom, sprzeczności nie ma. Przedsiębiorcy opodatkować nie można, ale można go podatkami zrujnować. Drogie wyroby, jak już się rzekło, sprzedają się gorzej, więc zyski stopniowo maleją. Wysokie podatki powodują, że grono bogaczy maleje. Prosty mechanizm sprawia, że w pierwszej kolejności wypadają z tego grona ludzie uczciwi. Zawsze natomiast pozostają ci, którzy tkwią w tzw. układach. Im żadna recesja nie jest straszna; zawsze załapią się na rozmaite formy państwowej „promocji” przedsiębiorczości, na rządowe zamówienia, preferencyjne kredyty i inne formy państwowej interwencji. Zawsze mogą liczyć na informację o okazji do krociowych zysków wskutek przygotowywanej przez rząd zmiany kursów, ceł lub stóp procentowych. Oto kolejny rezultat prób realizowania marzeń o „sprawiedliwości społecznej”. Wytwarza się zamknięta, wąska grupa wielkich bogaczy, żyjących w doskonałej symbiozie z ludźmi władzy. Oligarchia ta, wbrew potocznemu mniemaniu, wcale nie jest zainteresowana kapitalizmem.

Wręcz przeciwnie – kapitalizm oznaczałby natychmiastowy koniec tej oligarchii, albowiem kapitalizm oznacza swobodną konkurencję, a wolna konkurencja oznacza, że ten, kto umie produkować szybciej, taniej i lepiej, kto jest bardziej pomysłowy, puszcza drogich producentów i nieudolnych handlowców z torbami. W państwie opiekuńczym natomiast konkurencja nie powstanie, zdławiona w zarodku administracyjnymi ograniczeniami i podatkami. Zyski członków oligarchii są więc większe, niż można by na to liczyć w kapitalizmie. Logiczny stąd wniosek, że oligarchii stokrotnie opłaca się zyski te inwestować w utrzymanie istniejącego porządku, a nawet – do pewnego momentu, gdy zrujnowana tym porządkiem gospodarka nie zacznie się osuwać w otchłań – w zwiększenie zakresu „opieki państwa nad ubogimi”. Dlatego członkowie tej uprzywilejowanej kasty biznesmenów „z układu” ochoczo finansują partie lewicowe i centrowe. Te zaś przyjmują pieniądze chętnie – wszak potrzebują ich na utrzymanie biur, na plakaty, chorągiewki, kupowanie dziennikarzy, słowem na wszystko, co jest potrzebne do tumanienia ludzi „sprawiedliwością społeczną” i do wygrywania wyborów.

 

Tego tekstu nie zrozumie 99% społeczeństwa!

Ciekawy tekst z Wykopu [Źródło]

Udostępniam Wam dobry tekst do porannej kawy aby zrozumieć co się teraz dzieje. Bo Media tego nie powiedzą.

"Chcesz być milionerem? To nic trudnego. Wystarczy zaufać władzy.

Już przecież to przerabialiśmy. Kiedyś takie banknoty każdy nosił w swoim portfelu.

W 1970 r. średnie wynagrodzenie wynosiło 2 235 zł. Byliśmy wtedy biedni. Chleb kosztował 2,50 zł.

W roku 1994 byliśmy już milionerami. Średnie wynagrodzenie wynosiło wtedy 5,3 mln zł.

Tylko dlaczego znów byliśmy biedni? Ponieważ chleb kosztował już 7,4 tys. zł.

Potem była denominacja i historia zaczęła się od początku.

Chleb kosztował już tylko 0,62 zł, ale nadal byliśmy biedni.

Dlaczego? Przecież ciężko pracowaliśmy.

Dlatego, że niewolnictwo nigdy nie zostało zniesione, ono przybrało tylko inną formę.

Dzisiaj jest najlepszy moment żeby to zrozumieć.

Ten post podzielę na dwie części. Jeśli ktoś próbując przebrnąć przez część I stwierdzi, że właśnie przepalają mu się zwoje w mózgu, niech od razu przejdzie do części II, zanim zrezygnuje z czytania całości.

Część I

Rząd ogłosił, że w najbliższym czasie obdarzy polskie przedsiębiorstwa zawrotną kwotą 100 mld zł, w celu ratowania gospodarki.

Skąd rząd weźmie te pieniądze, skoro w budżecie ich nie ma?

Istnieją co najmniej trzy sposoby, żeby zdobyć pieniądze – można je zarobić, można je pożyczyć, albo można je ukraść.

Rząd postanowił pójść tą trzecią drogą.

W tym celu Polski Fundusz Rozwoju wyemituje obligacje na kwotę 100 mld zł., gwarantowane przez państwo. Obligacje te zostaną skupione przez banki komercyjne, od których następnie odkupi je Narodowy Bank Polski.

Czyli ostatecznym wierzycielem PFR zostanie NBP, a banki komercyjne poprzez przepływ pieniądza zainkasują gwarantowane zyski. Tak więc wszystko zostanie w rodzinie i właściwie nikt nikomu nie będzie nic winien, bo kasa będzie się zgadzać.

Co prawda w księgach rachunkowych PFR powstanie zobowiązanie, ale wobec swoich, więc później się to umorzy.

Dlaczego tworzy się takie kombinacje i po prostu rząd nie pożyczy pieniędzy od NBP?

Dzieje się tak z dwóch powodów. Pierwszy to art. 220 ust. 2 Konstytucji RP, który zabrania przewidywania w ustawie budżetowej pokrywania deficytu budżetowego poprzez zaciąganie zobowiązania w centralnym banku państwa.

Drugim powodem jest próba ukrycia rzeczywistego długu publicznego.

Ponieważ faktycznie pieniądze do przedsiębiorców popłyną z PFR a nie z budżetu. Wcześniej zostaną wykreowane przez banki komercyjne.

Po co się tak kombinuje? Po to, żeby premier Morawiecki nadal mógł się chwalić zrównoważonym budżetem pomimo kryzysu, co będzie fikcją, ale w kwitach wszystko będzie się zgadzać.

Odbywa się tutaj właśnie kreatywna księgowość na najwyższym poziomie. Czyli wszyscy kłamią zgodnie z prawem.

Gdzie tutaj jest kradzież, o której pisałem na początku, skoro wszystko jest zgodne z prawem?

O tym właśnie będzie część II.

Część II

Jeśli zrozumiałeś część I to znaczy, że należysz do 1% społeczeństwa i jesteś ekonomistą, albo przynajmniej pasjonatem ekonomii.

Jeśli nie zrozumiałeś tego o czym jest część I, to znaczy że należysz do 99% społeczeństwa i jesteś zupełnie normalnym obywatelem, bo nie każdy musi mieć doktorat z ekonomii albo być głównym księgowym.

Żadnej władzy nie zależy na tym żeby obywatele rozumieli jej działalność finansową, ponieważ następnego dnia wszyscy by wyszli na ulice. Dlatego w szkołach nie uczy się podstaw ekonomii.

W szkołach wychowuje się posłusznych obywateli.

Właśnie dlatego tak bardzo się to wszystko komplikuje, żebyś niczego z tego nie zrozumiał i wtedy przyjmiesz bezkrytycznie wszystko co ci wmówi władza.

Żeby pojąć co się obecnie dzieje w tym kraju, trzeba zrozumieć na czym polega funkcja pieniądza na przykładzie chłopa i krowy.

Jeśli chłop wykonał ciężką pracę, to za tę pracę mógł dostać krowę. Krowę mógł doić i mleko zamieniać na inne dobra.

Trudno jednak zamienić krowę na większą ilość mniej wartościowych dóbr, więc ludzie wymyślili pieniądze.

Za wykonaną pracę mógł więc chłop dostać pieniądze, za które mógł kupić albo krowę, albo mleko, albo inne dobra.

Krowę trudno jest podrobić ale pieniądze znacznie łatwiej. Tak więc kiedy pojawiły się pieniądze, pojawili się też ich fałszerze.

Dotychczas, żeby posiadać określone dobra, trzeba było wykonać określoną pracę. Kiedy fałszerze zaczęli podrabiać pieniądze, mogli na tym samym rynku nabywać różne dobra nie wykonując żadnej pracy. Wystarczyło, że mieli fałszywe pieniądze.

Kogoś takiego nazywamy dzisiaj pasożytem.

Czyli, jeśli ktoś się bogacił nie wykonując żadnej pracy, to oznaczało, że inni uczestnicy rynku musieli jeszcze ciężej pracować, żeby utrzymać fałszerzy pieniędzy, czyli pasożytów.

Jeśli fałszywych pieniędzy jest coraz więcej, to zaczynają wypierać pieniądze prawdziwe. To z kolei oznacza, że ludzie uczciwie pracujący muszą pracować coraz ciężej, ponieważ mają na utrzymaniu coraz większą liczbę pasożytów. Dlatego, że większość dóbr, które powstają dzięki ich pracy trafia do oszustów, natomiast im pozostaje tylko niewielka część.

Pieniądz fałszywy miesza się na rynku z pieniądzem realnym i dlatego w pewnym momencie nie można ich odróżnić i wszyscy są przekonani, że wszystkie są prawdziwe.

Jak to się ma do obecnej sytuacji w Polsce?

Polski Fundusz Rozwoju jest spółką akcyjną, której właścicielem jest skarb państwa, ale nie jest jednostką budżetową, czyli jej długi nie obciążają budżetu państwa.

PFN emituje obligacje wartości 100 mld zł, chociaż nie posiada majątku wartości 100 mld zł.

Jeśli więc te obligacje sprzeda bankom, to znaczy że pieniądze, które otrzyma od banków są „pustymi” pieniędzmi, ponieważ nie stoi za nimi żadna realna wartość, żadna praca ani żaden realny majątek, który jest efektem wykonanej pracy.

Nazywając rzecz po imieniu są to fałszywe pieniądze, które trafią na polski rynek. Ponieważ nikt tych pieniędzy nie zarobił.

Jeśli więc otrzymasz wypłatę, to część z tych pieniędzy będzie fałszywa.

Na przykład - jeśli na rynek trafia 20% fałszywych pieniędzy w stosunku do ilości, która jest w obiegu, to z 5 000 zł. wynagrodzenia, które otrzymasz, 1000 zł, będzie fałszywe.

Czyli za kwotę 5 000 zł. będziesz mógł nabyć dobra, za które dotychczas płaciłeś tylko 4 000 zł.

To zjawisko nazywa się inflacją.

Czyli jeśli ty podrobisz pieniądze, to będzie to fałszerstwo. Jeśli rząd sfałszuje pieniądze, nazywa się to inflacją.

Jedno i drugie jest jednak tym samym.

Większość ludzi się temu nie dziwi uznając, że takie są prawa ekonomii, której jednak nie znają.

Problem w tym, że rynek potrzebuje czasu, żeby uruchomić mechanizmy inflacyjne. To może potrwać kilka miesięcy albo dłużej. Kiedy zaczniesz zauważać, że potrzebujesz więcej pieniędzy, żeby żyć na poprzednim poziomie, twój umysł już wtedy nie będzie kojarzył skutku z przyczyną.

Wtedy pobiegniesz do pracodawcy po podwyżkę i będziesz się cieszył, że jesteś bogatszy gdy w rzeczywistości jest to tylko złudzenie, gdyż tak naprawdę, to tylko powróciłeś do poziomu materialnego, w którym już kiedyś byłeś.

Taka finansowa fatamorgana.

Weź kalkulator i policz. Kalkulator nie kłamie. Umysł tak.

Nie należy winić za to pracodawcy, bo to nie on sfałszował pieniądze. On również padł ofiarą oszusta.

To jest przestępstwo doskonałe, kiedy kradnie się dając.

Takiej historii nikt nie przeczyta nawet w najlepszej powieści kryminalnej.

Co się dzieje dzisiaj? Dzisiaj niewolnicy biją pokłony swojemu panu, który rzuca im pieniądze, nie zdając sobie sprawy, że pieniądze są fałszywe i w rzeczywistości on ich w ten sposób okrada.

Co się stało z waszymi pieniędzmi? Wczoraj przecież jeszcze były. Dzisiaj zostaliście bez pieniędzy i bez możliwości ich zarabiania. Nikt się temu nie dziwi?

Ktoś wam zabrał realne pieniądza a w zamian dostaniecie fałszywe. Rachunek będzie się zgadzał a wy nadal niczego nie będziecie rozumieć.

To się właśnie teraz odbywa.

Niemcy w ciągu dwóch dni wypłacili pieniądze przedsiębiorcom.

Dlatego, że je mieli. Realne pieniądze, które gromadzili w czasie koniunktury jako rezerwę na trudne czasy. To były pieniądze tych, którzy je otrzymali, ponieważ to oni je zarabiali i płacili podatki. To są prawdziwe pieniądze, które są efektem ich pracy.

Dlaczego nasz rząd tego nie zrobił? Bo musi je dopiero podrobić a to zajmuje trochę czasu.

Niemcy nie będą mieć inflacji, ponieważ ich pieniądze są prawdziwe.

Nasze dopiero się produkują, bo te które zarobiliśmy zostały przejedzone i przehulane.

Nikt nie pyta co rząd zrobił z pieniędzmi, które zabierał jako podatki?

Niedługo Morawiecki znów wyjdzie na mównicę i powie, że wszyscy będą musieli ponieść ciężar tego kryzysu. To znaczy, WY wszyscy. Nie ONI wszyscy. Wmówi wam, że niedługo potem będziecie milionerami. Będzie miał rację. Zapomni tylko dodać, że będziecie jeszcze bardziej biedni.

Kto jest złodziejem?

Wystarczy sprawdzić, kto się będzie bogacił wtedy, kiedy inni będą biednieć.

Zajrzyjcie do majątków banksterów, polityków i ich rodzin i innych cwaniaków w nimi powiązanych.

Może wtedy ktoś zrozumie, że milioner nigdy nie będzie dbał o majątek biedaka, bo gdyby tak było, to by się z nim podzielił i wtedy nie byłby już milionerem.

Znów bogaci będą tanio kupować działki i inne nieruchomości, które będą im sprzedawać biedni. Następnie za 10 lat biedni odkupią je od bogatych po znacznie wyższych cenach i historia się powtórzy. Wtedy zacznie się kolejny kryzys."

 

Przecelne ujęcie sprawy

W jednej z końcowych scen Neo, będąc w Matrixie, przestaje już widzieć kreowaną przez komputer fałszywą rzeczywistość, a zamiast tego dostrzega jej wewnętrzną strukturę: kod. Tak trochę jest z posiadaniem tego, co nazywam wyobraźnią ekonomiczną. Żeby rozumieć, co się dzieje dookoła, trzeba widzieć i rozumieć właśnie ten kod - znać mechanizmy i prawa rządzące życiem społecznym. Tę zdolność nabywają z natury rzeczy ludzie przedsiębiorczy, prowadzący własne firmy albo zarządzający dużymi strukturami […]. Znam jednak ludzi, którzy wprawdzie biznesów nie prowadzą, ale niejako z obowiązku i z zawodu powinni ów kod widzieć – a tymczasem kompletnie go nie dostrzegają.

Pewne rzeczy czasem sie czuje ale niepodobna ich wyrazić, wytłumaczyć innej osobie lub grupie. W sukurs przychodzi czytanie innych i wychwytywanie czy przypadkiem oni juz tego nie zrobili. Cytaty i ich klasyfikowanie to, od lat, moja pasja.

No i dzisiaj trafiłem na przecelne ujęcie sprawy przez Łukasza Warzechę. Powyższy cytat, nieco przeze mnie zmieniony, pochodzi z artykułu Zobaczyć kod Matrixa.

 

Urodziny

Poznaliśmy się w sierpniu 1988, trzy tygodnie później już nie żyłeś. Urodziliśmy się w tym samym dniu, kilka tysięcy kilometrów od siebie. Poznaliśmy się mniej więcej w połowie drogi, w wieku 29 lat, na kempingu "Pod Kamieniem" koło Chamonix. Łączyła nas wspólna pasja do gór.

Bez liny, którą nam bezinteresownie pożyczyłeś nie zrobilibyśmy "Directe Americaine". Znajomość była zaledwie kilkudniowa, ale byłem przekonany, że zostaniemy przyjaciółmi na długie lata. Nie dane było… Alpy Ciebie zabrały. Dlaczego Człowieka Wielkiego Formatu?

W październiku dostałem kartkę od Twego brata: odszedł… Zginął idąc na…

Od lat chciałem odwiedzić Twój grób. Myśl ta ciągle chodziła mi po głowie, nie dawała spokoju. Maile, telefony do biura cmentarza, informowanie się w punktach informacji turystycznej, niby nic nie dawały, ale powoli umacniały mnie w moim postanowieniu. W końcu 2 lutego 2020 roku poszedłem pieszo z Barcelony do Twojego rodzinnego El Masnou. Bo jak się dowiedziałem w informacji "cmentarz jest otwarty w niedzielę od 1000 do 1400, a potem dopiero w czwartek". Choć szukanie grobu na cmentarzu przypomina szukanie igły w stogu siana, byłem pewien, że się uda.

I udało się. Opiekun cmentarza, gdy za internetowym tłumaczem powiedziałem "Estoy buscando una tumba, Federico Bracke, alpinista", zamyślił się chwilę, po czym zaprowadził do Twojego grobu i do grobu Twego partnera. "W głowie mam komputer" powiedział, i pamiętał wiele z pogrzebu, choć upłynęło już ponad 30 lat.

Czy po tylu latach można, w dniu Twoich 61 urodzin, Ci czegoś życzyć?… Chyba głupia to myśl…

Jest jednak ktoś, kto o tobie pamięta… jak o… bracie… bliźniaku.

 

Jak rząd rządzi

Znalezione w odmętach internetu, krótkie podsumowanie działań rządu. Tragiśmieszne bo prawdziwe:

Co już wiadomo w związku z tzw. pandemią:

  1. Nie wolno wychodzić z domu, ale w razie potrzeby możesz.
  2. Maski wcale nie pomagają, ale dokładnie od 16.04 należy nosić szaliki lub maski, bo wtedy zaczną pomagać.
  3. Sklepy są zamknięte, ale sklepy budowlane są otwarte.
  4. Wirus ten jest zabójczy, ale w zasadzie to nic strasznego.
  5. Rękawiczki nie pomogą, ale są potrzebne żeby wejść do sklepu.
  6. Najważniejsze jest bezpieczeństwo Polek i Polaków, ale ważniejsze jest przeprowadzenie wyborów.
  7. Wirus nie wpływa na dzieci, ale dzieci są w niebezpieczeństwie.
  8. Nie ma odpowiedniego sprzętu, ale w razie potrzeby będzie go wystarczająco dużo.
  9. Istnieje wiele objawów, ale w ponad 80% przebieg jest bezobjawowy.
  10. Możesz nie wiedzieć, że jesteś zarażony i zarażać innych ale test ci nie przysługuje dopóki nie zaczniesz mieć typowych objawów.
  11. Nie możesz sam iść do starszych krewnych, ale możesz zamówić im dostawę kurierem, który ma kontakt z setkami ludzi dziennie.
  12. Mandaty nie są w żaden sposób prawnie uzasadnione, ale mogą ci wlepić mandat 30 tys.
  13. Nie ogłoszono stanu wyjątkowego, ale władze zachowują się tak, jakby był.
  14. Nie ma aresztu domowego, ale nikt nie powinien wychodzić.
  15. Po powrocie z zagranicy wszyscy są objęci przymusową 14- dniową kwarantanną, ale nie kierowcy ciężarówek.
  16. Duża część przypadków zakażeń dotyczy osób wracających zza granicy, ale ściągamy je do kraju samolotami.
  17. Dane osobowe są chronione przez prawo, ale musisz udostępnić je aplikacji kwarantannowej.
  18. Wybory są tajne, ale jak wypełnisz kartę do głosowania przy wyborach korespondencyjnych musisz podać swój pesel.
  19. Wirus żyje na różnych powierzchniach przez dwie godziny, albo cztery, albo sześć, nie, albo 28 dni.
  20. Wirus utrzymuje się w powietrzu do kilku godzin, ale bezpieczna odległość to 1,5 albo 2 metry, albo 4, albo 8 albo rzut beretem.
  21. Należy mieć czyste szyby i widoczne tablice rejestracyjne ale nie wolno myć samochodów.
  22. Należy dbać o bezpieczeństwo, ale nie można wymienić kół na letnie.
  23. Na otwartym cmentarzu wirus zabija (bo to teren zielony), ale nie Kaczyńskiego.
  24. Zamknięte są lasy i parki narodowe bo tam niebezpiecznie, ale jak już musisz się przewietrzyć to idź na spacer w centrum miasta.
  25. Po Świętach powoli będziemy uruchamiać gospodarkę, ale w maju rządzący planują ogłosić klęskę.
  26. PKB w 2020 roku spadnie ok. 3%, ale w 2021 wzrośnie o ok. 5%.
  27. Możesz wyjść na spacer z psem, ale jak nie masz psa to albo sobie kup albo siedź w domu.
  28. W Biedronce może przebywać 15 osób jednocześnie + załoga, ale w kościele o powierzchni x razy większej 5 osób i ksiądz.
  29. Rząd jest przygotowany na każdą ewentualność, ale jak nie jest przygotowany to napisze ustawę w 15 minut.
  30. Sanepid jeszcze nikogo nie wyleczył, ale każdego może ukarać. Wszystko jest takie jasne. Czy czegoś nie rozumiecie?

     

Pierwszy odcinek cyklu "Czym jest życie?"

Dziś, tak 13-go, wraz z internetową telewizją wRealu24 rozpoczęliśmy cykl rozmów "Czym jest życie?"

 

Lockdown in Malaysia

Homeless people rest inside cubicles at a temporary shelter set up in a gymnasium in Kuala Lumpur line with movement control orders being enforced in Malaysia. (Reuters Photo)

Dear Jan,

Thanks for sharing you thoughts on the Physics of Life Blog pages, and also for Cris Lingle's insightful contribution. Your cousin has probably forgotten the old socialist days in Poland when she decided to escape to the United States and has become a victim of the dominant memes floating around, like inequality, and others such as climate change, government power to create a just, prosperous and peaceful world, if only the majority would listen and accept the higher wisdom of those who are leading this world.

I am currently in Malaysia, under lockdown until 28 April at least, and the mood of the people here is very much consistent with the mood of most people in Asia, and perhaps even in Europe now. That mood says that what the government is doing now, restricting people's movements, injecting "new" money into the economy to compensate those who suffer, and exercising draconian powers to prevent the spread of Covid-19 is the right thing to do. The only criticism you hear that the government is sometimes too slow, or too inept, or not draconian enough to save us all from this invisible killer.

Talking about invisible: how certain can the world be that the current PCR (Polymerase Chain Reaction) and SARS-CoV-2 tests are reliable and accurate? Scanning the available literature seems to indicate a very low reliability (around 30% perhaps?) and the test seems to be for coronavirus in general rather than Covid-19 specifically. I get conflicting answers depending on whether it comes from an "official" or a private researcher.

Another question with conflicting answers concerns the origin of this virus. Did it come from bats sold at the Wuhan Seafood Market, a mere 280m away from a virology lab that researches bat-based coronaviruses? Was it a deliberate or accidental release by a BSL-4 (Bio-Safety-Level-4) laboratory, also based in Wuhan, China, supposedly monitored by the WHO? Was it US soldiers taking part in the Military War Games in Wuhan in October 2019 that infected the Chinese during this exercise, as alleged by a Chinese Foreign Ministry spokesperson (reported in the Guardian on 12 March 2020). Did it actually originate at Fort Detrick?

Again, more questions than reliable answers!

Regardless of whether the virus occurred naturally or was intentionally or unintentionally released to an unsuspecting population by a biological warfare laboratory, from a Libertarian perspective, it is the response of the governments all around the world that is of prime interest. That so many governments have acted in unison (Belarus being an exception) and have confined about half the world population to house arrest has been utterly remarkable and unexpected.

As Cris Lingle mentioned in his article 2020.03.28, 5 people are killed every day in Phuket alone in motorcycle accidents and yet there is no law prohibiting the use of motorbikes. Similarly in Malaysia, 15 people die in road accidents every day of the year on average, yet there is no ban on driving and no movement control order as there is now, when 70 people have died in the past 4 weeks. If 420 had died on the roads during these 4 weeks, no media would be reporting it, certainly not on a daily basis like they do now with Covid-19!

Are the death figures even reliable? Do people die OF Covid-19 or WITH Covid-19? Why is it that some 80% or more of people are over 70 and have pre-existing illnesses?

Is the government reaction justified, in other words? Or is it just a convenient excuse to exercise more power, show who's boss, and destroy the economy in the process?

The US Federal Reserve Bank Balance Sheet passed the 5 Trillion Dollar mark on 16 March for the first time in history. Even as a result of the 2008 Global Financial Crisis it never exceeded 4.5 T and had been on a "tightening" slope to 4.3 Trillion before shooting up to 5.3 Trillion in March. It took 95 years to reach 1 Trillion Then a mere 12 years to quintuple!

Could it be (I am speculating here of course) that the destruction of the economy would have happened anyway (as I have been predicting for some time) due to Central Bank excessive liquidity (QE they call it), a low interest regime encouraging people and businesses to go into unpayable debt (not to mention governments) or the sheer creation of ever more fiat money out of thin air that has brought the world economy to an inevitable end? How fortunate that Covid-19 came just at the right time for the perfect excuse to push the economy over the cliff and to get the world ready for a new world order (where have I heard that term before?) with a new digital currency, a cashless society, a surveillance state enforced by a social credit system a la China, and a total loss of individual freedom?

I am not sure if Libertarians will get another chance to prevent this plan from becoming reality. If we do get that chance, however, we can't afford to waste it and to establish an agorist society as soon as possible and to unite as a group (even though "herding cats" is thought to be impossible) to resist government control and defend individual sovereignty and the other Libertarian ideas and ideals that we all cherish!

Thank you!

Jan, please note that the above is my personal opinion and I am not speaking on behalf of Language of Liberty Institute or any other entity.

Andy

 

Wolność versus Odpowiedzialność

 

Zaraza sprzymierzeńcem władzy

I niech mi tu ktoś powie, że nie ma czegoś takiego jak Fizyka Życia. Procesy społeczne, rozpatrywane na pewnym poziomie ogólności powtarzają się jak mantra. Tak jak jabłka spadają na ziemię zgodnie Prawem Powszechnego Ciążenia, tak od tysiącleci rozwój społeczny toczy się zgodnie z cyklami społecznymi.

Gdy w oparciu o Cykle Tytlera i Glubba formułowałem ogólną postać Cyklu Społecznego nie przyszło mi nawet do głowy, że ja sam, zaledwie podczas mojego raczej krótkiego życia, będę świadkiem pełnego takiego cyklu.

Urodziłem się w pierwszym etapie tego cyklu - etapie niedostatku zasobów - w systemie politycznym opartym na absolutnej władzy rządzących i gospodarce centralnie, czyli też przez rządzących, planowanej. System ten konsekwentnie obniżał produktywność społeczeństwa i w końcu doprowadził do kompletnego niedostatku zasobów. Pomimo tego, że rządzący byli ponoć przepełnieni dobrymi intencjami i jak najbardziej się starali, to i tak Polska Rzeczpospolita Ludowa padła w wyniku braków dóbr podstawowych.

W ten oto sposób weszliśmy w drugi etap cyklu społecznego - wzięliśmy sie do roboty. Ekonomicznie byliśmy na dnie, ale ponieważ do pewnego stopnia zmienili się rządzacy i zmienił się system polityczny to byliśmy pełni zapału do pracy. Za wszelką cenę chcieliśmy się z tego bagna się wydobyć. Podjęliśmy współpracę, wprowadziliśmy metody gwarantujące wzrost produktywności, powstawanie nowych produktów i obniżanie cen, czyli mechanizmy wolnego rynku i konkurencyjności gospodarki, znacznie ograniczyliśmy rolę "państwa". Już po kliku zaledwie latach Polska zaczęła być stawiana za wzór…

Jak grzyby po deszczu powstawały nowe, prywatne firmy, kliniki, szpitale i nawet uczelnie. Konkurowały ze sobą, a to w konsekwencji doprowadziło do bardzo szerokiej oferty i stosunkowo niskich cen. Jednak "państwo" zatrzymało w swoich szponach ostatnie przyczółki: państwową pocztę, szkoły, radio i telewizję oraz placówki medyczne. Każdy jednak, nawet ludzie należący do tego "państwa" woleli korzystać z usług placówek prywatnych. Nawet zatrudniając do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, by przyciągnąć ludzi oferowano pakiet usług medycznych w prywatnej sieci medycznej. I cóż, nie ma się czemu dziwić za stosunkowo niewielką opłatą sieć ta oferowała szeroki wachlarz usług nawet dla zaawansowanych seniorów, bijąc na głowę placówki państwowe w takich kwestiach jak szybkie umówienie na wizytę i przyjęcie w terminie. Co do poziomu kompetencji to tu trudno mi się wypowiedzieć. Według mnie w pewnych kwestiach prywatni byli zdecydowanie lepsi, a w pewnych państwowi. Generalnie poziom medyczny nie był zły, choć zdecydowanie czyściej i milej było u prywaciarzy.
Tym samym doszliśmy do trzeciego etapu cyklu społecznego - nadmiaru zasobów.

Placówki prywatne były na swoim rozrachunku, państwowe niby też, ale…

Wiele z nich się zadłużało i państwo je wspomagać. Z ciekawostek: miałem kilku znajomych dyrektorów szpitali państwowych, którzy trzymali swe szpitale w ścisłej dyscyplinie finansowej, czyli ich nie zadłużali. Jeden ciągle jeszcze pracuje, łącznie prowadzi swój szpital przez ponad 20 lat, ale często narzeka, że zadłużające się szpitale podbierają mu lekarzy - ponieważ się zadłużają to mogą im więcej płacić (patrz: Kluczowy dylemat zarządzania). Drugiego natomiast, jak tylko wyciagnął szpital z długów, nowo wybrana władza zastąpiła kimś ze swoich. Dziś szpital, jak nietrudno zgadnąć, zadłużony jest po uszy. Nowy dyrektor na pewno sporo na tym zarobił.

"Państwo" swoim zawsze pomoże, a metod ma dużo:

  1. Może pieniądze dać. "Państwo" jednak swoich pieniędzy nie ma, daje więc te zabrane w podatkach albo te które dodrukuje. W obu przypadkach płacą za tę pomoc zwykli ludzie, nikt z "państwowych" nie dokłada ani grosza. Przy czym w obu przypadkach ci zwykli ludzie nawet nie wiedzą, że oddłużają szpital. Są święcie przekonani, że pieniądze na wsparcie "naszej" służby zdrowia w szlachetnym geście dało "państwo". Tak jak mamusia daje dzieciom kieszonkowe.

  2. Są też subtelniejsze metody. Pierwsza z nich to restrukturyzacja. Mądre i dobrze wróżące na przyszłość słowo, nieprawdaż? Zasady restrukturyzacji są następujące:

    1. Trzeba coś w szpitalu zmienić bo nie jest dobrze - cel zatem szczytny.
    2. Ponieważ szpital będzie w procesie zmian to wszelkie zapłaty za nieuregulowane do tej pory faktury są wstrzymane, aż do momentu "ułożenia się" z wierzycielami. W praktyce pieniędze te są już nie do odzyskania. Moja firma kilka lat temu "popłynęła" w ten sposób na 24 600,- tys złotych, ale byli inni, którzy stracili i ćwierć miliona. Ci co dostarczali materiały opatrunkowe, lekarstwa itp. To tacy właśnie ludzie sfinansowali "rządowe umorzenie długu". Naprodukowali się, narobili i nic za to nie dostali. Czy ktoś o tym wie? A niby skąd? Czy o tym się mówi w programach telewizyjnych i pisze na pierwszych stronach gazet?
      W tej subtelnej metodzie jest jeszcze jeden szwindel, rzekłbym arcysubtelny: metoda płacenia podatków. Od każdej wystawionej faktury, bez względu czy jest ona zapłacona czy nie (tak, tak to prawda), musi być odprowadzony podatek. Czyli nie dość, że dostawca za swoje usługi nie dostał od "państwa" 24 600,- zł to jeszcze musiał ze swoich pieniędzy temu "państwu" zapłacić 4 600,- zł. W ten oto sposób "państwo" wyjęło z jego kieszeni łacznie 29 200,- zł.
    3. W czasie restrukturyzacji szpital musi "zgodnie z prawem" regulować w terminie wszelkie kolejne zobowiązania finansowe. To taka zachęta dla dostawców do dalszej współpracy. Straciliście co prawda, ale już od tej chwili będziemy grzeczni i wszystko do czego się zobowiążemy będziemy płacili w terminie. I dostawcy łapią się na ten lep. Jednak, tak po roku, następuje rozluźnienie tej "zgodności z prawem" i szpital zaczyna się z zapłatami opóźniać, czasem nawet zwleka dość długo. Można się oczywiście poskarżyć do sądu, ale przecież ten też jest "państwowy". Czyżby zatem był to koniec szpitala? Absolutnie nie, w zanadrzu jest bowiem jeszcze jedna metoda…

  3. Gdy restrukturyzacja zawiedzie to na pomoc przychodzi upadłość. No cóż, dostawca otrzymuje taką oto wiadomość: W odpowiedzi na Państwa wezwania do zapłaty informuję, że Szpital XXXX sp. z o.o. począwszy od dnia dd.mm.rrrr znajduje się w stanie upadłości, i w związku z tym, wierzytelności Państwa z okresu przed upadłością wchodzą w skład masy upadłościowej i nie mogą być w tej chwili spłacane. Po raz kolejny pieniądze są nie do odzyskania. Po raz kolejny dostawca szpitala sfinansował rządową pomoc.

Upadłość, a więc w końcu ten szpital przestanie istnieć? To może w jego miejsce powstanie kilka nowych, prywatnych, konkurujących ze sobą? Płonne nadzieje, bo nagle ni stąd ni zowąd pojawia się wybawienie w postaci śmiertelnej zarazy. Proponuję wsłuchać się w to co mówi na ten temat korespondent z Wielkiej Brytanii Sebastian Ross. Okazuje się, że epidemia, jak iluzjonista, może te wszystkie oszustwa po prostu… zniknąć. Skoro o tym samym mówi człowiek z Wielkiej Brytanii to widać, że problem jest ogólnoświatowy - uniwersany, znaczy się. Ten sam mechanizm działa i tu i tam, jak obiektywne prawo Fizyki… Fizyki Życia.

Wywiad z Sebastianem Rossem z Wielkiej Brytanii

Ponieważ wywiad z czasem może zniknąć z sieci, to dla potomnych wynotowałem z niego najważniejsze, według mnie, kwestie:

  1. Regulacje wprowadza się stopniowo, łagodnie, wówczas społeczeństwo więcej zniesie.

  2. Politycy są zakładnikami żądań wyborców. Każdy startujący w wyborach musi zadeklarować o ile więcej "da" na służbę zdrowia, jeśli zostanie wybrany.

  3. Tak więc wszyscy politycy są zakładnikami wielkich mafii, które zwą się "publiczna służba zdrowia".

  4. Zaraz po rozpoczęciu tego "lock-down'u", tego kryzysu związanego z koronawirusem, premier Wielkiej Brytanii umożył cały dług publicznej służbie zdrowia. Razem to było 13 mld funtów. A jeszcze do niedawna media informowały jaka tam jest korupcja, jakie są stawki, że dyrektorzy szpitali zarabiają, na nasze pieniądze, po 1 mln zł rocznie. Jaka tam jest defraudacja.

  5. NHS (National Health Service) - to państwowy moloch, który opiera się na rozkradaniu majątku społecznego. Już im umożono 13 mld funtów, a teraz im dłużej trwa blokada epidemiologiczna tym oni stają się ważniejsi. Mogą pokazać jak ratują kraj i więcej pieniędzy wyciągnąć.

  6. Takie "niezależne media" jak Facebook i Google ściśle współpracują z rzadzącymi. A ludzie za rzeczywistość biorą to co widzą w mediach głównego nurtu i tych właśnie "niezależnych mediach internetowych".

  7. Ludzie uważają rząd za Boga. Donoszą na siebie.

  8. Rządowa instukcja w Wielkiej Brytanii odnośnie wypisywania aktów zgonów: It is important to emphasise that coronavirus disease should be reported on a death certificate for all descendants where the disease caused or is assumed to have cause or contributed to the death. Tak więc klasyfikować można na wiele sposobów. Ale jeśli tylko się da to jako przyczynę zgonu trzeba podać obecność wirusa w ciele denata.

  9. W Stanach Zjednoczonych im więcej pacjentów z koronawirusem zgłosi szpital tym większe dostaje dofinansowanie.

  10. Socjalizm nie polega na uczciwym zarabianiu pieniędzy ale na ich wyłudzaniu.

  11. W tym momencie, jak zaczyna się już udawać, że mamy coraz więcej, to wówczas wracają socjaliści i postanawiają to ukraść. Takim sposobem czy innym. Oni nie cofną się przed niczym… Zabierało się pieniądze ludziom w oparciu o oskarżenia o rasizm, potem było globalne ocieplenie, kontynenty miały być zalane. Ludzie zarabiali mniej i podnoszono podatki. A teraz mamy zarazę.

  12. Wielka Brytania, podobnie jak Polska, nie może drukować pieniędzy w nieskończoność. Pieniądze nie biorą się z drzew. […] Zubożejemy na pewno.

  13. Kryzysy niczego ludzi nie uczą. Ludzkie odczucia w dobie kryzysów zawsze są takie same: Więcej władzy, więcej socjalizmu, więcej rządów w naszym życiu.

  14. Po co są obostrzenia przepisów. Wiedzą przecież, że ludzie będą biednieć i zaczną protestować, to dlatego chcą mieć przepisy żeby wyjąć pałkę i dyscyplinować. Żeby człowiek szedł do fabryki, do roboty, a nie marudził, że stracił to czy tamto.

  15. Przykryje się wszystko to co się ukradło, kradło i wydawało przez te wszystkie lata…

Święte słowa.

Te subtelne metody transferu pieniędzy od społeczeństwa na rzecz publicznej służby zdrowia, o których pisałem ja i o których mówił Sebastian Ross, to metody czwartego etapu cyklu społecznego. Etapu, w którym bogacenie się nie odbywa się na zasadzie produkowywania, lecz zabierania.

Wróćmy do naszego szpitala. Wieszczę, że go oddłużą. Ale czy to coś da? Chyba najlepszą odpowiedzią na to pytanie jest to stwierdzenie przedstawiciela dyrekcji szpitala: Cóż ja mogę powiedzieć… Na wszystkich kontrahentach mamy zadłużenie sięgające XX mln, a przeterminowania dochodzą do 8 miesięcy. Po drodze były różne dziwne działania typu: możenia długów, zastrzyki finansowe, dopłaty inwestycyjne, restrukturyzacja… które kompletnie nic nie dały. A teraz ta upadłość i, rzecz jasna, winnych nie ma. To między nami. Ale te osoby w nim pracują i biorą za to pieniądze! I ci od restrukturyzacji, i ci od upadłości i cała masa innych. I wcale nie mają wyrzutów sumienia.

A teraz jak te wszystkie subtelności i zawiłości wytłumaczyć ludziom? Ludziom bombardowanym propagandą, ludziom, którzy w większości pozytywnie przyjmują stwierdzenie, że "rząd dał", którzy jednak nie są w stanie zrozumieć destrukcyjnego mechanizmu inflacji, pazerności ludzi władzy, i tego że po to by było lepiej to nad każdym, w tym i nad rządzącymi, muszą być na stałe rozpięte mechanizmy sprzężenia zwrotnego, kontrolujące ich zachowania.

Jakżesz ciężko jest być Kasandrą! Gdy widzisz jak bliscy ci ludzie sami zakładają sobie petlę na szyję. Jakżesz nieubłagane jest Prawo Powszechnego Ciążenia ku Socjalizmowi!

Historia zatacza koło. Witamy w PRL bis. Tylko teraz socjalistyczny obóz jest nieco większy. Pędzimy za liderem - Wenezuelą.

Tam też w demokratycznych wyborach wybrano socjalistę… A w latach trzydziestych XX wieku prawie 90% społeczeńtwa niemieckiego zagłosowało na Adolfa Hitlera - też socjalistę - tyle, że narodowego. Bo Nazi pochodzi od Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei co przekłada się jako Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników. Niby wszyscy Hitlera nie lubią, niby wszyscy nim gardzą, ale wszyscy idą jego socjalistycznym śladem.

Ludzie są jak te dzieci: lepiej będzie jak będzie więcej władzy, więcej socjalizmu i więcej rządów w naszym życiu. Najlepiej oddać władzę wodzowi.

 

Bilans resergetyczny dla populacji

Politycy bardzo czesto używają argumentu, że "życie ludzkie należy ratować za każdą cenę", i na nim budują swoje kariery. Niestety, ekonomia bardzo szybko je weryfikuje.

Szwecja

Szwedzkie media ujawniają wewnętrzne wytyczne dla lekarzy w dobie koronawirusa. Dyrektywa wskazuje, kogo w ogóle nie przyjmować na intensywną terapię. Do mediów wyciekł wewnętrzny dokument ze Szpitala Uniwersyteckiego Karolinska. W kilku punktach przedstawiono, jakie kryteria pacjent musi spełnić, by trafić na intensywną terapię.

W dobie koronawirusa i zwiększającej się z dnia na dzień liczbie zachorowań na Covid-19 szpitale są przepełnione. Brakuje miejsc do leczenia.

W takiej sytuacji medycy muszą wybierać, kogo ratować w pierwszej kolejności. A kogo – jak w omawianym przypadku Szwecji – wcale.

Aby pacjent z koronawirusem trafił na intensywną terapię, musi mieć poniżej 80 lat.

Jeśli ma dodatkowo schorzenie płuc lub nerek – to nawet poniżej 70 lat.

A jeśli pacjent ma dwa nieprawne układy narządów, wówczas, aby być pewnym przyjęcia na intensywną terapię, musi mieć nie więcej, niż 60 lat.

[Źródło]

Wielka Brytania

Wielka Brytania spodziewa się w kolejnych dniach i tygodniach wzrostu zakażeń koronawirusem SARS-CoV-2. Lekarze otrzymali specjalne wytyczne, które wskazują, kogo leczyć w pierwszej kolejności. Brytyjskie Stowarzyszenie Lekarskie (BMA) podkreśla, że w tych „bezprecedensowych czasach” i pomimo „heroicznych wysiłków”, publiczna służba zdrowia (NHS), może nie dać rady pomóc wszystkim.

Pacjenci z koronawirusem mogą zostać pozbawieni sprzętu ratującego życie, nawet jeśli ich stan się poprawia, jeśli w przypadku deficytu tego sprzętu są inne osoby z wirusem, które mają większe szanse przeżycia – głoszą nowe wytyczne dla brytyjskich lekarzy.

– Pomimo heroicznych wysiłków w celu o zwiększenie możliwości – i zmniejszenie potrzeb – może dojść do punktu, w którym łóżek intensywnej terapii, respiratorów, urządzeń do pozaustrojowego natleniania krwi będzie po prostu za mało do tej pandemii – powiedział John Chisholm, przewodniczący komitetu etyki medycznej BMA.

Priorytety w leczeniu
Wytyczne mówią, że wszyscy pacjenci powinni otrzymać pełną współczucia i poświęcenia opiekę medyczną, w tym leczenie symptomów oraz – w przypadku gdy pacjent umiera – najlepszą dostępną opiekę paliatywną.

Tym niemniej, określanie priorytetu w leczeniu poszczególnych pacjentów jest zgodne z prawem i etyczne, przy czym dotyczy to przypadków, gdy jest więcej pacjentów potrzebujących pomocy niż dostępnych zasobów.

Jak wyjaśnia BMA, kiedy zasoby są zbyt skąpe i trzeba dokonać wyboru, kogo leczyć, lekarze powinni wziąć pod uwagę nasilenie ostrej choroby, istnienie i nasilenie chorób współtowarzyszących, słabość ogólną lub, jeśli ma to znaczenie kliniczne, wiek.

BMA zaleca, by menedżerowie szpitali i starsi lekarze ustalili maksymalne progi przyjęcia na oddziały intensywnej terapii, gdzie najbardziej chorzy będą wymagali leczenia respiratorami. Ale samo zakażenie koronawirusem nie powinno gwarantować pierwszeństwa w leczeniu.

Brutalne wybory
Pacjenci z dużym prawdopodobieństwem śmierci lub konieczności długotrwałej intensywnej opieki, którzy przekraczają ustalony próg, nie powinni być brani pod uwagę przy intensywnym leczeniu. Powinni oni nadal korzystać z innych form opieki medycznej – głoszą wytyczne. Dotyczyć to może także sytuacji, w których stan pacjenta jest stabilny lub nawet się poprawia.

– Te wytyczne mogą wskazać, jak należy postępować. Ale nie powstrzymają brutalnych wyborów ani nie uwolnią podejmujących decyzje od ich moralnego cierpienia – powiedział Chisholm.

– Ludzie, którzy w normalnych okolicznościach otrzymaliby żmudne leczenie, mogą zamiast tego zostać poddani opiece paliatywnej, aby pomóc tym, którzy mają większe szanse na przeżycie. Nikt nie chce podejmować takich decyzji, ale jeśli zasoby są ograniczone, decyzje takie muszą być podejmowane – podkreślił.

[Źródło]

 

Lewactwo - szlachetne pustosłowie

Lewicowy publicysta i aktywista miejski Jan Śpiewak pod jednym ze swoich wpisów na Facebooku otrzymał zgryźliwy komentarz od… swojego ojca, Pawła Śpiewaka. Zarzuca synowi, że nie wyraża troski o rodziców.

Jakże wzruszające jest twoja troska o służbę zdrowia, gdybyś się jeszcze zdobył o choćby najskromniejszą troską o swoich rodziców i osoby naprawdę w potrzebie byłbyś osobą wiarygodną. A tak uprawiasz szlachetne pustosłowie. Trochę mi ciebie żal, a zarazem mogę ci powiedzieć: Shame, wstyd – napisał prof. Śpiewak do syna (pisownia oryginalna).

Ale to chyba normalne zjawisko, że syn zachowuje się tak samo jak ojciec: dużo gada o pomaganiu ale sam nie pomaga. Kwintesencja lewactwa hipokryzja socjalistyczna. [Źródło]

 

Jak to ludzie nie widzą

How people don't see

English version Wersja polska
One of my cousins emigrated to the USA in the 1980s. She left the socialist paradise in favor of capitalist exploitation. She worked in the United States as a scientist (related to biology), so I sent her a comment of 12 virologists on the current situation in the world caused by coronavirus: Jedna z moich kuzynek wyemigrowała w latach 80'tych XX wieku do USA. Opuściła socjalistyczny raj, na rzecz kapitalistycznego wyzysku. Pracowała w Stanach jako naukowiec (związany z biologią), wysłałem jest zatem opnię 12-tu wirusologów na temat obecnej sytuacji na Świecie spowodowanej koronawirusem:

A reaction for twelve medical experts whose opinions on the Coronavirus outbreak contradict the official narratives of the MSM

It seems that opinion of these 12 medical experts makes a lot of sense. They state: The best alternative will probably entail letting those at low risk for serious disease continue to work, keep business and manufacturing operating, and “run” society, while at the same time advising higher-risk individuals to protect themselves through physical distancing and ramping up our health-care capacity as aggressively as possible. With this battle plan, we could gradually build up immunity without destroying the financial structure on which our lives are based.

12 Experts Questioning the Coronavirus Panic

Reakcja dwunastu ekspertów medycznych, których opinie na temat wybuchu koronawirusa są sprzeczne z oficjalną narracją mainstreamowych mediów:

Wydaje się, że opinia tych 12 ekspertów medycznych jest całkiem sensowna: Wydaje się, że najlepszym rozwiązaniem byłoby pozwolenie osobom o niskim ryzyku poważnej choroby na kontynuowanie pracy, tak utrzymać działalność biznesową i produkcyjną oraz „zarządzać” społeczeństwem. Jednocześnie stanowcze nakazanie osobom o wyższym ryzyku, aby chroniły się poprzez fizyczne odizolowanie się i równoczesne jak najszybsze zwiększanie zdolność opieki zdrowotnej, do ratowania poważnych przypadków. Dzięki temu moglibyśmy stopniowo budować odporność bez niszczenia infrastruktury finansowej i wytwórczej, na których opiera się nasze życie.

12 Experts Questioning the Coronavirus Panic

And here is her answer:

Otrzymałem taką odpowiedź:

The key phrase here is “those of low risk”. A risk of dying? A risk of spreading the disease? I am not an epidemiologist, but I presume that an increase in penetrance might be accompanied by an increase in virus mutations that in turn might affect the susceptibility profile. Stay home!

As to depriving “holly” private sector of their earnestly earned billions, I am totally unsympathetic-as you well know. Inequality in the USA and many other places is insane and I would call it a cardinal sin, if I were inclined to use the religious terms - and I am not.

And thank you for sharing - makes the beginning of my day so much more exciting!

Best to you and yours!

Kluczowe sformułowanie w ich wypowiedziach to „osoby niskiego ryzyka”. Ryzyka śmierci? Ryzyka rozprzestrzeniania się choroby? Nie jestem epidemiologiem, ale zakładam, że wzrostowi zarażenia może towarzyszyć wzrost mutacji wirusa, co z kolei może wpłynąć na jego agresywność. Zostań w domu!

A jeśli chodzi o pozbawienie „świętego” sektora prywatnego ich ciężko zarobionych miliardów, to jestem całkowicie za - jak dobrze wiesz. Nierówności w USA i wielu innych miejscach są szalone i to nazwałabym "grzechem śmiertelnym", gdybym używała terminów religijnych.

I dziękuję za podesłanie tematu - sprawił, że początek mojego dnia stał się pełen emocji!

Wszystkiego najlepszego!

Well, I was stunned, but I also thought that probably the most of the public thinks this way. What's worse, this thinking translates into specific actions and specific decisions (e.g. electoral). And this forces social processes to a given direction. In my opinion destructive one…

I thought what should I write her back. That saving a few can result in the loss of those who rescue (see "I/group" dilemma). That neither government nor journalists do not propose what to do in pandemia conditions. For example, the installation of transparent separators separating cashiers from buyers, dispensers with disinfectant liquid and the availability of gloves was decided by managers. It wasn't the government order. And this her undisguised aversion to the private sector. Thirty years ago she fled from the country of social equality to the country of social inequality. And now there he wants to introduce what destroyed her homeland. Aversion to the rich, and yet there are two kinds of rich, those who come to wealth with hard work required by others delivered in an unforced way and those who take from others under coercion (see Duo-definiendum Rich).

But I wouldn't be myself if I didn't use the help of others. I sent an email to key people from Liberty International asking for help.

However, Cris's answer, in its spirit very similar to what I wrote a week ago 2020.03.20 exceeded my expectations:

No cóż zamurowało mnie, ale pomyślałem też, że prawdopodobnie tak właśnie myśli większa część społeczeństwa. Co gorsza, myślenie to przekłada się na konkretne działania i konkretne decyzje (np. wyborcze). A to prowadzi do konkretnych procesów społecznych. Według mnie destrukcyjnych…

Myślałem co by tu jej odpisać. Że ratując niektórych możemy stracić ratujących (patrz Dylemat Ja/Grupa), że w obecnych działaniach rządów (i dziennikarzy) nie widać konkretnych propozycji co mamy robić (np. o zamontowaniu przezroczystych separatorów odgradzających kasjerów od kupujących, dozowników z płynem odkażającym i udostępnieniu rękawiczek zadecydowali kierownicy, a niestety nie było to polecenie rządowe). No i ta jej nieukrywana niechęć do sektora prywatnego. A przecież sama uciekła z kraju równości społecznej do kraju nierówności. A teraz tam chce wprowadzić to co rozwaliło nasz PRL. Niechęć do bogatych, a przecież sa dwa rodzaje bogatych, ci którzy dochodzą do bogactwa pracą, którą inni w nieprzymuszony sposób nabywają i tacy, którzy zabierają innym pod przymusem (patrz Duo-definiendum Bogacz)…

Ale nie byłbym sobą gdybym nie skorzystał z pomocy innych. Wysłałem do kluczowych osób z Liberty International maila z prośbą o pomoc.

Odpowiedź Cris'a, w duchu bardzo podobna do tego co pisałem przed tygodniem 2020.03.20, przeszła jednak moje oczekiwania:

Jan,

Thanks for sharing… as in the case of climate change/global warming as the thin end of the wedge for expanding State power, I am skeptical of the hysteria that has been whipped up, allowing massive expansions of senseless monetary & fiscal policy responses along with the decreases in human liberty, that are unlikely to be withdrawn…

This is rather long, but worth watching: Coronavirus Covid-19 Fact Not Fear.

As it is, democracy creates incentives for politicians to do the wrong thing & for citizens to demand what they are not entitled to… alas, even a robust Constitution like that in the US is easily flaunted, as was seen with FDR1, 9-11 & now…

What about "shared sacrifice"… ? as it is, almost ALL costs are borne by PRIVATE sector, whether business owners or workers (bankruptcies, vast job losses, reduced pensions, etc), while PUBLIC sector employees & elected officials give up basically NOTHING… they have no "skin in the game", so they are much less sensitive to impact of policies imposed on others…

What about removing obstructions from regulations, ending Jones Act2 in USA, reducing taxes, eliminating minimum wage… most of the policy actions are grandstanding by politicians… the press conference by Governor Cuomo of NY was a display of such posturing… it was all about expanding political powers & increased State control over resources… nothing about how they can make markets work better to help solve these problems… !!!

In the end, just as in the case of FDR3, few of the "emergency" or "exceptional" powers will be withdrawn… Cornonavirus, like War, is the health of the State…

Here in Thailand, there is a “state of emergency”… despite Thailand being 1st country outside of China to report presence of COVID-19 back in January, to date there are only 5 (FIVE) reported deaths (after a 3 day hiatus, another single death reported yesterday)… F.I.V.E.… I imagine that yesterday alone at least 5 people died from motorbike accidents here on Phuket, but that does not warrant banning motorbikes…

There was another way to approach all this… isolate the elderly to allow “herd immunity” to cope with the outbreak… In China, Italy & elsewhere, deaths from COVID-19 affect mostty seniors… more than 50% of COVID-19 deaths in China have been people over 70 years, even though most COVID-19 cases involved people below 70… 80% of coronavirus deaths in US were among people 65 & older…

I am a bit surprised at her comment about inequality… the most threatening inequality is that of power… the only repressive & permanent power is that wielded by State actors… Bill Gates for all his billions cannot force me to do anything… Trump & his horrible minions can & they do…

As long as anyone receives income, even obscene amounts, from voluntary exchange, it is both FAIR & JUST that they keep it or dispose of it as they wish… it turns out that most of the massive increases in private income is the “tyranny of numbers”… if we did not live in a globalized world, there would be many fewer billionaires, only millionaires (people that were once admired & imitated for their abilities)…

I object to those that acquire & maintain their fortunes through State monopoly or protectionism… or through corruption, as is the case of politicians & bureaucrats around the world… these are the people that invite the invocation of “cardinal sin”… !!!

There is no historical evidence nor any theoretical basis to suggest that income/wealth inequalities are either social destabilizing or weaken economic growth… these are simply empty claims or assertions, following dishonest scholars like Thomas Piketty…

Revolutions were NEVER fought over income inequality… we cut the heads off of kings due to POWER inequalities… it was not because they were rich, but of their unique privileges & that they held so much power & control over their subjects…

China & India have large income inequalities but (until recently) rapid growth…

Inequality is nothing more than a political talking point, another means to promote populism & wage class warfare to attract political support from those that believe the proper role of the State is to create privileges, grant subsidies, redistribute income…

The great experiments with democracy was for it to be a facilitating mechanism, devoid of privileges… taxes were seen as a device to provide a very-limited number of collective consumption goods… but now taxes are at the heart of a corrupt & corrupting redistribution game… instead of democracy uniting us, it is used by politicians & activists to divide us… this is a terrible outcome…

Sorry for the lengthy reply… I wish you all the best… STAY CALM & KEEP WELL & FIGHT THE STATE… !!!


1 FDR - Franklin Delano Roosevelt, elected dictator of USA

2 Jones Act - requires goods arriving to USA by sea to be on a US-owned & US-crewed vessel that increases costs of those imports

3 Franklin Delano Roosevelt shredded the US Constitution by invoking the Great Depression as an emergency situation

Jan,

Dzięki, że dzielisz się swoim problemem. Dzisiejsza sytuacja należy do tej samej grupy zjawisk co globalne ocieplenie. Sytuacje te to ostrza klina rozszerzającego władzę państwową. Osobiście jestem sceptyczny wobec histerii, która została rozpętana, i umożliwiła rządom zastosowanie bezsensownych instrumentów pieniężnych i fiskalnych wraz z wprowadzeniem ograniczeń w sferze wolności człowieka. Obawiam się, że nie zostaną one cofnięte, jak już wszystko to minie.

To długie, acz warte obejrzenia nagranie: Coronavirus Covid-19 Fact Not Fear.

Demokracja przedstawicielska z samej swej natury pozwala politykom na robienie złych rzeczy, a obywatelom domagania się tego, czego domagać się nie powinni. Niestety, nawet tak dobra konstytucja jaką mamy w Stanach Zjednoczonych jest łatwa do obejścia. Zrobił to FDR1, potem zmieniono ją po zamachach na World Trade Center, no i teraz…

A teraz co do "wspólnego poświęcenia". Prawie WSZYSTKIE koszty poniosą PRYWATNI, niezależnie od tego, czy są to właściciele firm, czy pracownicy (bankructwa, znaczne straty pracy, obniżone emerytury itp.), podczas gdy pracownicy sektora PUBLICZNEGO i urzędnicy nie rezygnują w zasadzie z NICZEGO. Oni nie są podmiotem tej gry, dlatego patrzą zupełnie inaczej na obostrzenia nakładane przez rządzących

Tak więc rządzący ani słowem się nie zająkają o usunięciu barier administracyjnych i szkodliwych przepisów, jak na przykład uchylenie ustawy Jonesa2 w USA, obniżenie podatków, wyeliminowanie płacy minimalnej. Większość tych działań jest podejmowana przez polityków, a oni mają swój punkt widzenia. Konferencja prasowa gubernatora Nowego Jorku Andrew'a Cuomo z była przejawem takiej postawy… wszystko o czym mówił kręciło się wokół zwiększenia uprawnień rządu i zwiększonej kontroli państwa nad zasobami. Nie było nic o konkretnych rozwiązaniach, np. w jaki sposób można poprawić funkcjonowanie rynku, aby rozwiązać problemy z dostawami!!!

Kończąc, podobnie jak w przypadku FDR3, tylko nieliczne z tych „nadzwyczajnych” lub „wyjątkowych” ustaw zostanie wycofanych. Koronawirus, podobnie jak wojna, jest wodą na młyn rządzących.

Tu w Tajlandii też wprowadzono „stan wyjątkowy”. Tajlandia jako drugi, po Chinach, kraj odkryła u siebie występowanie COVID-19. Zrobiono to w styczniu i do tej pory zarejestrowano tylko 5 (PIĘĆ) zgonów (a po 3-dniowej przerwie, kolejna pojedyncza śmierć została ogłoszona wczoraj). PIĘĆ… Prawdopodobnie wczoraj zginęło tu w Phuket co najmniej 5 osób w wyniku wypadków motocyklowych, ale jakoś nie zakazano jeżdżenia motocyklami.

Jest inny sposób podejścia do tego wszystkiego - odizolować osoby starsze, aby przeciąć drogi rozprzestrzeniania się wirusa i tym samym zapobiec wybuchowi epidemii. W Chinach, Włoszech i gdzie indziej zgony z powodu COVID-19 dotykają w większości seniorów. Ponad 50% zgonów z powodu COVID-19 w Chinach to ludzie powyżej 70-ki, chociaż COVID-19 atakuje osoby poniżej 70-ki to w USA 80% zgonów z jego powodu było wśród osób w wieku 65 lat i starszych.

Jestem nieco zaskoczony jej wypowiedzią na temat nierówności. Najbardziej groźną społecznie jest nierówność władzy… Monopol na przemoc i rozkazywanie mają tzw. "przedstawiciele państwa". Bill Gates ze wszystkimi swoimi miliardami nie może mnie zmusić do zrobienia czegokolwiek… Trump i jego słudzy mogą… i zmuszają.

Tak długo, jak ktoś zarabia, nawet wysoce nieprzyzwoite kwoty, z dobrowolnej wymiany, mamy do czynienia zarówno z UCZCIWOŚCIĄ i SPRAWIEDLIWOŚCIĄ. Dotąd dopóki nabywanie i zbywanie odbywa się na zasadzie dobrowolnego porozumienia stron. Większość ogromnych dochodów osób prywatnych rzeczywiście kole w oczy, ale… gdybyśmy nie żyli w zglobalizowanym świecie, byłoby o wiele mniej miliarderów. Więcej natomiast byłoby milionerów (ludzi, którzy kiedyś byli podziwiani i naśladowani za swoje umiejętności)…

Sprzeciwiam się tym, którzy zdobywają i utrzymują swoje fortuny dzięki monopolowi państwowemu, protekcjonizmowi… lub korupcji, tak jak ma to miejsce w przypadku polityków i biurokratów na całym świecie. To są ludzie, którzy tak na prawdę grzeszą „śmiertelnie”!!!

Nie ma dowodów historycznych ani żadnych teoretycznych podstaw, które sugerowałyby, że nierówności w dochodach / majątkach albo prowadzą do społecznej destabilizacji albo że osłabiają wzrost gospodarczy. Jest to, po prostu, czcza gadanina i demagogiczne hasła głoszone przez nieuczciwych, bądź niedouczonych uczonych takich jak na przykład Thomas Pikettt.

Rewolucje NIGDY nie walczyły z nierównością dochodów… Królom odcinano głowy z powodu nierówności WŁADZY… Nie dlatego, że byli bogaci, ale dlatego, że nadawali sobie wyjątkowe przywileje pozwalające im na niekontrolowaną władzę nad poddanymi.

W Chinach i Indiach występują bardzo duże nierówności w dochodach, ale (do niedawna) oba te kraje bardzo szybko się rozwijały…

Nierówność jest li tylko hasłem politycznym, sposobem na promowanie populizmu i sposobem na przyciąganie poparcia politycznego od tych, którzy uważają, że właściwą rolą państwa jest tworzenie przywilejów, przyznawanie dotacji i redystrybucja dochodów…

Demokracją, z założenia, miała być mechanizmem gwarantującym nieistnienie przywilejów. Podatki w niej były postrzegane jako narzędzie finansujące ograniczoną liczbę, i tylko niezbędnych, dóbr konsumpcji zbiorowej. Teraz jednak podatki stanowią clou skorumpowanej i korumpującej gry redystrybucyjnej. Zamiast jednoczącej nas demokracji, politycy i działacze wykorzystują nas do podziału… to okropny, acz realny, wynik działania demokracji.

Przepraszam za tę przydługą odpowiedź… Życzę wszystkiego najlepszego… ZACHOWAJ SPOKÓJ, TRZYMAJ SIĘ I WALCZ Z NADUZYCIAMI PAŃSTWA!!!


1 FDR - Franklin Delano Roosevelt, wybrany w powszechnych wyborach dyktator USA.

2 Jones Act - ustawa nakazująca, by towary przybywające do USA drogą morską były przywożone statkami amerykańskim z amerykańską załogą, a to zwiększa koszty importu.

3 Franklin Delano Roosevelt zniszczył konstytucję USA, powołując się na Wielki Kryzys jako sytuację nadzwyczajną.

CRIS - Dr. Christopher LINGLE

 

Ratowanie przez inflację

Mamy już ponad tydzień przymusowo/dobrowolnej kwarantanny. Przymusowej bo nakazano zaprzestanie takim placówkom jak: restauracje, kina, kluby sportowe i galerie handlowe, dobrowolnej, bo zdecydowana większość Polaków stosuje się do apelu rządzących by pozostawać w domach.

Tydzień temu był run na sklepy spożywcze i sporo towaru wykupiono. Ale wczoraj rano byłem w sklepie (Biedronka) i sklep był otowarowany, ceny niezmienione. Ruch mniejszy ale ludzie, co zrozumiałe, więcej kupują, bo rzdziej chcą chodzić do sklepu. Kilka dni temu tak samo było w Auchan.

Cichymi bohaterami tych czasów, gdy większość "yntelektualystów" okopała się w domach, zdalnie "pracując", są ci, którzy muszą pracować i muszą mieć kontakt z innymi: kurierzy, kasjerki, magazynierzy. I jak do dziś są, w zasadzie, niczym nie zabezpieczeni:

  • kasjerzy wczoraj mieli już gumowe rekawiczki, ale o czymś takim, jak tafla z przezroczystego pleksi, która by ich oddzielała od wydychanego powietrza płacacych, nikt nie pomyślał. Nikt: ani ich szefostwo, ani naczelnicy dzielnic, ani prezydenci miast, ani rząd. Zamknąć zamknęli, ale o tak prostym, szybkowykonalnym i zarazem tanim rozwiązaniu nikt nie pomyślał.
  • pytam kuriera "Czy miał pan przeszkolenie w zakresie środków bezpieczeństwa?". "Nie" - pada odpowiedź.

Bohaterom tylko wierzyć w statystyki że ponad 80 proc. przypadków choroby było łagodne, przy czym najbardziej zagrożeni są chorzy i starsi, które przytaczałem w ubiegły czwartek.

Urzędnicy, jak to oni, nakazują dostarczyć dokumenty "w nieprzekraczalnym terminie 14 dni od daty otrzymania niniejszego pisma" (nieomal pod groźbą kary śmierci) ale… gdy pytam, w jaki sposób mam dostarczyć te dokumenty to zostaję poinformowany, że kancelaria podawcza w zasadzie nie działa i że najlepiej przez pocztę. Cwaniaki odpychają od siebie ile tylko mogą.

Przyznam, że ten spokój w tych wielkopowierzchniowych sklepach i, w zasadzie niczym niezmącona, praca cichych bohaterów, bardziej mnie uspokajają niż poczynania rządu.

Bo ten już na samym początku "uwolnił" do gospodarki 212 mld złotych. Przemówienie prezesa NBP było jednym ciągiem bankowo-rządowego samochwalstwa i autopromocji. to są przemowy ułożone przez pierwszorzędnych specjalistow, super precyzyjnie dobrane słowa i statystyki, niecała prawda, wybiórcze fakty, żeby świetnie brzmiało, tak samo jak codzienna propaganda. Telewizornicy są zachwyceni, sondaże to pokazują. Demokracja sterowana globalnie. "Uwolnili" albo jak mówią "Wpuścili" - podejrzewam, że po prostu dodrukowali. Dookoła zresztą robią to wszyscy, i Szwajcarzy i Amerykanie i Angole… Oczywiście, po krasomówczych oracjach rządzących ludziska wyobrażają sobie ich jako dobrych rodziców, którzy właśnie zwiększyli kieszonkowe dla swoich dzieci.

Dodrukowane pieniądze to inflacja, a ta… no właśnie już chciałem napisać "wiadomo czym skutkuje", ale tak na prawdę to mało dla kogo jest to wiadome, ludzie nie mają bowiem o niej żadnego pojęcia. Jak zauważył Keynes proceder inflacji rozumie zaledwie jedna osoba na milion: Nie ma subtelniejszego ani pewniejszego sposobu obalenia istniejącego porządku społecznego niż psucie monety. Proces ten wykorzystuje wszystkie ukryte siły ekonomii po stronie destrukcji i czyni to w sposób, którego nawet jeden człowiek na milion nie jest w stanie zrozumieć..

Dodruk pieniędzy skutkuje zawsze tym samym. I zapewne każdy od razu pomyśli, że wzrostem cen. I będzie miał absolutną rację, ale jest jeszcze coś o czym mało kto wie. To przewartościowanie posiadanych zasobów. Za inflację, czyli wytworzenie pieniądza z niczego zawsze odpowiadają rządzący. Jeśli kto inny chce to zrobić, to od razu jest uważany za rządzących za fałszerza i gangstera - nikt nie lubi konkurentów. Wróćmy jednak do przewartościowania. Drukowanie jest stosunkowo tanie, dlatego do dalszej analizy można nawet uznać, że wytworzenie pieniądza nic nie kosztuje. W dzisiejszych czasach zwiększa się tylko liczby w komputerze - dlatego rzeczywiście przypomina to tworzenie pieniędzy "z niczego". Ten, który dodatkowe pieniądze wytworzył i ci, którym część z nich im dał kupują za darmo towary i usługi u swoich dostawców. Wpuszczenie w ten sposób na rynek dodatkowych pieniędzy skutkuje tym, że ceny wszystkiego rosną. Wytłumaczyć to można tak: jeśli na rynku było 5000 kg towarów i 5000 dolarów to można powiedzieć, że jeden kilogram towru kosztował dolara. I teraz jak nagle ktoś wpuści kolejne 5000 dolarów, a towarów nie przybędzie to kilogram towaru bedzie wart 2 dolary. Wzrosną ceny.

Już wiemy kto zarobił, kto dostał za darmo - ci co dodrukowali pieniądz. A kto zatem stracił? Tracą ci którzy kupują na końcu i ci, którzy mają oszczędności w bankach. Mądrzy ludzie już kiedyś przeanalizowali ten problem i opisali to zjawisko. Zwie się ono efektem Canitillona. Cantillon uczonym nie był, był oszustem, a co ciekawe obecni uczeni w ogóle ani o nim ani o efekcie przezeń opisanym nie mówią. Tylko dlatego, że należą do grupy ludzi, która świeżo wydrukowane przez rząd pieniądze jako pierwsza dostaje.

By nie być gołosłownym, gdy zapytamy internet o to kto traci na inflacji natychmiast wyskakuje: emeryci, renciści, pracownicy o stałych dochodach, osoby oszczędne, które mają odłożone pieniadze na lokatach bankowych, przedsiębiorcy, którzy inwestują swój kapitał i w końcu "najboleśniej uderza w najbiedniejszych". Gdy, z kolei zadamy pytanie kto na inflacji zyskuje, odpowiedź jest jedna: budżet państwa. Ale przecież państwo nie jest jakimś abstraktem to przecież rządzący - grupa ludzi sprawujących władzę oraz wszyscy ci, których oni zatrudniają.

Gdy nowe pieniądze wpływają bezpośrednio do budżetu, efektem Cantillona jest redystrybucja na rzecz państwowego, mało produktywnego sektora. Mamy wówczas do czynienia z transferem kapitału z sektora prywatnego do sektora państwowego. Patrzmy zatem jaka to sztuczka, której nie dorównuje żaden zręczny kuglarz ani wielki mistrz iluzji: "uwolnili" 212 miliardów, ale to wcale nie ich pieniądze, rządzący nawet nie spocili się przy ich tworzeniu. Ratowanie państwa sfinansowali ludzie prywatni, którym rządzący zabrali inflacją. Koszty ponieśli ludzie, ale cały splendor spływa na rządzących. Czy widzieliście kiedyś zręczniejszych sztukmistrzów? Gorące ziemniaki wyciągają rękami innych ludzi, jedzą je sami, a tych co je wyciągali nazywają najczęściej spekulantami.

Pierwszymi ofiarami ciężkich czasów są prawda i rozsądek, wyznacznikami działania stają się emocje. A z tego doskonale zdają sobie sprawę rządzący. Jeśli chodzi o inflację to też świetnie wiedzą o co chodzi, wiedzą głównie jakie korzyści płyną z niej dla… nich. Bo de facto to tylko oni na niej najbardziej zarabiają, finansowo i wizerunkowo.

Ale ludzie na to nie tylko że pozwalają, ale wręcz się tego domagają. Chcą by to rząd za nich załatwiał. Albert J. Nock tak opisał to zjawisko w książce "Państwo nasz wróg":

Masy ludzkie, nie znające mechanizmów społecznych i historii państw, uważają naturę i cel państwa za bardziej prospołeczne niż antyspołeczne. I w tej wierze gotowe są oddać mu do dyspozycji nieskończony kredyt zaufania, nawet… dla łotrostwa, zakłamania i szykanowania, z którego to kredytu rządzący mogą i czerpią do woli. Zamiast z odrazą i oburzeniem patrzeć na coraz to większe pochłanianie przez państwo władzy, jakie naturalnie odczuwaliby wobec działań jakiejś zawodowej organizacji przestępczej, masy ludzkie wolą raczej państwo zachęcać do tego procesu i pochwalać go. W pewnym stopniu utożsamiają się bowiem z państwem i są przekonane, że przyzwalając na jego nieograniczone wywyższenie, przyzwalają na coś, w czym mają swój udział — że tym samym wywyższają same siebie. Ortega y Gasset (1883-1955) doskonale opisuje ten stan umysłu. Człowiek w tłumie — stwierdza — stając wobec zjawiska państwa, „postrzega je, podziwia, wie, że ono tu istnieje… Co więcej, człowiek tłumu dostrzega w państwie anonimową władzę i czując się — podobnie jak państwo — anonimowym, wierzy, że państwo jest czymś jego własnym. Przypuśćmy, że w życiu publicznym jakiegoś kraju wyłoni się jakaś trudność, konflikt czy problem — człowiek tłumu będzie wówczas skłonny domagać się, aby państwo natychmiast interweniowało i podjęło bezpośrednie działania dla załatwienia tego problemu przy użyciu swoich niezmiennych i niezwyciężonych zasobów… Kiedy człowiek tłumu cierpi z powodu jakiegoś nieszczęścia lub po prostu odczuwa jakieś silne pożądanie, wielką pokusę dla niego stanowi ta stała i pewna możliwość otrzymania wszystkiego bez wysiłku, bez walki, bez zwątpienia i bez ryzyka, jedynie przez naciśnięcie guzika i uruchomienie tej potężnej machiny”.

O tym, jak "człowiek tłumu domaga się, aby państwo natychmiast interweniowało i podjęło bezpośrednie działania dla załatwienia problemu przy użyciu swoich niezmiennych i niezwyciężonych zasobów…" można przeczytać w arcyciekawym artykule Łukasza Warzechy "Spekulantów w mordę lać!"

To opis zjawiska i jego konsekwencji, ale gdy znajomy zadał mi pytanie "To co ty byś w takim razie zrobił?". Po krótkim zastanowieniu doszedłem do wniosku, że to samo, z jednym wszak wyjątkiem. Inflowanie, bo tak należy nazywać proceder tworzenia nowych pieniędzy, dla mnie jako rządzącego ma same korzyści: nie dość, że zarabiam, to większość społeczeństwa ma świadomość, że rozdaję pieniądze, za które będzie można kupić tyle samo co poprzednio. Co więcej wszyscy, którzy ode mnie zależą, a więc państwowe media, państwowi naukowcy, państwowi aktorzy, wojskowi i policjanci, będą mnie chwalić. Wyjątek byłby jeden: nie przeszło by mi przez gardło, że to ja ratuję Ojczyznę, i że to mnie najbardziej należy dziękować.

Wbrew przekonaniu, że państwo to dobry wujek, albo nawet mamusia, której jedynym obowiązkiem jest dbanie za wszelką cenę o nasze dobro, państwo jest przedsiębiorstwem prawie jak każde inne… Pod pewnymi względami, o których za chwilę, rzeczywiście jak każde inne. Pod pewnymi jednak jest wyjątkowe:

  • Na rynku wewnętrznym jest monopolistą i to jak działa można porównywać tylko do działań innych państw
  • Nie jest doskonalone poprzez mechanizm konkurowania z innymi
  • Zasadniczo nie liczy się z kosztami, bo zaciągnięte przez nie długi z reguły pokrywamy my wszyscy
  • W umysłach bardzo wielu ludzi ma ono status przędsiebiorstwa realizującego ważne cele społeczne

 

Koronawirus

Choć nie zajmuje się sprawami dznia codziennego, to z kronikarskiego obowiązku muszę już chyba odnotować sytuację związaną z koronawirusem.

Wczoraj decyzją premiera zamknięto wszystkie szkoły, muzea i kina. Dzisiaj nieczynne były baseny Warszawianki, tzn personel był i nawet, jak nigdy, w kasie siedziało czworo kasjerów, ale wszystkich odprawiano z kwitkiem. Rzadki widok: tafla nieruchomej wody.

Zdrofit działał normalnie, tylko ludzi było bardzo mało.

Chińscy naukowcy opublikowali w lutym statystyki dotyczące ponad 44 000 przypadków zarażenia koronawirusem Covid-19. Dane pokazują w jakich grupach istnieje największe ryzyko gorźnych dla zdrowia powikłań choroby wywołanej wirusem.

Dane z Chińskiego Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorób (CCDC) wskazują, że ponad 80 proc. przypadków choroby było łagodne, przy czym najbardziej zagrożeni są chorzy i starsi.

Statystyki śmertelności z powodu koronawirusa
w poszczególnych grupach wiekowych

I tak dla porównania na co umierali ludzie w Anglii w roku 1632:

Causes of death in 1632 in some part of England.

Ludzie wykupują produkty spożywcze, głównie te o dłuższym okresie przechowywania. W szpitalach zaczyna brakować maseczek, fartuchów i rękawiczek. Ciekawe jak ta sytuacja wpłynie na zasoby, a zasoby zwrotnie na sytuację - społeczeństwo to typowy system autodynamiczny, a epidemia przyspiesza tylko wpływ procesów na system i systemu na procesy.

 

Romantyczny wizerunek Sparty

Romantyczny wizerunek Sparty otrzymaliśmy dzięki Termopilom, w której Spartiaci jako europejski 'home team' był naszą drużyną do kibicowania, przeciw niewolniczym azjatyckim hordom prowadzonym na podbój wolnych ludzi przez despotę i tyrana. Później spartiacki fejm był regularnie wzmacniany - najpierw przez samych Spartan, żeby nikt ich przypadkiem nie najechał (toż to najlepsza obrona jak wszyscy myślą, że nie mają z Tobą szans), później przez Herodota, a jeszcze później… przez setki innych ludzi, poczynając od Ksenofonta i Cycerona, kończąc na dzisiejszej gimbazie.

Tylko, że to w Sparcie populacja periojków i helotów (odpowiednio: prawie-niewolników i niewolników-podludzi-tak-chujowo-traktowanych-że-czarni-z-Texasu-sprzed-wojny-secesyjnej-stwierdzają-że-chattel-slavery-not-that-bad) wynosiła jakieś 80-90% podczas gdy w Persji niewolników nie można było posiadać. Oczywiście byli Persowie, którzy trzymali swoje sługi na tak krótkiej smyczy, że ich prawo do wyboru było bardzo iluzoryczne… ale czym to właściwie się różni od dzisiejszego korpo-niewolnictwa? Persja przynajmniej z tym walczyła, również pod względem duchowym. Sednem ich religii, Zoroastryzmu, była aktywna walka dobra ze złem, w której każdy brał udział - jako niewolnik nie jesteś w stanie o sobie decydować i możesz nie mieć realnej możliwości dokonać prawidłowego wyboru, ergo, z tego powodu niewolnictwo było tolerowane jedynie w nielicznych miejscach w perskim imperium, (zazwyczaj jako taki gest ze strony Persów "szanujemy pokój między nami na tyle, że pozwolimy Wam na to obrzydlistwo… ale nie handluj nikim z naszego imperium, bo inaczej czapa"); niewolnictwo wg. Persów pośrednio wspierało siły ciemności.

A jak to było być helotą, że gorzej niż czarnym niewolnikiem w Texasie? Heloci i periojkowie (ci drudzy mieli trochę lepiej - po godzinie policyjnej tylko przepędzano ich do domów, nie mordowano) byli w spartiackiej tradycji mieszkańcami lokalnymi - podczas gdy przodkowie spartiatów byli synami Heraklesa, którzy z tatą zdobyli sobie kawałek Peloponezu, podbijając ludność lokalną. Od tamtego czasu Spartiaci co roku rytualnie wypowiadali wojnę helotom. Tak, rytualnie wypowiadali wojnę swoim niewolnikom. Dla przypomnienia samym spartiatom, takie "pamiętajcie, oni mogą powstać i nas zabić". Sparta wręcz obsesyjnie była przejęta wielkim powstaniem helotów… do którego nigdy nie doszło. A nie doszło, bo po zaprowadzeniu godziny policyjnej (cała noc, każda noc) spartiaci wymyślili sobie patrole w celu łapania uciekinierów. Było to zajęcie dla młodych spartiatów jako zwieńczenie ich szkolenia wojskowego w wieku nastoletnim, tak do 20 lat. Złapani heloci byli bestialsko torturowani i mordowani, czasem tuż pod rodzimą wiochą, tak by wszyscy mogli słyszeć krzyki. Rano mieszkańcy wiochy widzieli już tylko resztki zbiegłego heloty - nawleczone na włócznię, przybite do drzewa lub kilku drzew. Helotów i Periojków nie podawano w spisach ludności, które się liczyły - występowali w spisach bydła na przykład. Stąd takie przypuszczenie, że pod Termopilami może i było kilkuset Spartiatów w tylnej straży… Ale nie jest nie do pomyślenia, że na każdego mogło przypadać cokolwiek pomiędzy 5 a 10 helotów, tak jak często bywało podczas spartańskich kampanii wojennych - nigdy nie wyliczano helotów i periojków jako siły bojowej, pomimo, że z całą pewnością walczyli.

W istocie, nasza historiografia opisując Persów jako tyranów a Kserksesa jako króla dziesiątków zniewolonych narodów… dokonały najzwyczajniejszej w świecie projekcji. Imperium Perskie było po swojemu bardzo łaskawe w podboju Grecji - jeśli tylko nie walczyłeś, a poddawałeś się. Mogłeś zachować swój ustrój, twoje 'way-of-life', nawet nikt u władzy się nie zmieniał, po prostu dostałeś za zwierzchnika obcego monarchę, który zostawiał wszystkie sprawy tym samym urzędnikom, odziedziczonym po poprzednim reżimie. Pod warunkiem, że przyjąłeś kilka drobnostek: podatki do Persopolis, jednostki wojskowe na czas wojny… i duże ograniczenia w handlu niewolnikami, przynajmniej w Azji. Niektóre greckie miasta nie robiły sobie złudzeń i przyjmowały perskie warunki - po czym obywatele z tych miast stanęli naprzeciw Leonidasa pod Termopilami. O tym Herodot, ani nasza historiografia również nie wspominają - że pod Termopilami więcej Greków walczyło po stronie Kserksesa niż Leonidasa. W wersji historii Herodota jest 'jeden grecki zdrajca'… Podczas gdy stała tam armia takich 'zdradzieckich Greków' a jeden był nawet wygnanym spartańskim królem (!), który osobiście doradzał Kserksesowi. Kiedy Kserkses zobaczył wroga armię po Termopilami, dostrzegł greków ćwiczących gimnastykę i… fryzujących swoje włosy (prawilny chad-hoplita czesał się przed walką, jak umierać to co jak co, ale pióra trzeba ogarnąć). Zapytał się swojego greckiego doradcy, co oni zamierzają? Ten odparł, że 'chcą z nami walczyć' na co Kserkses się serdecznie uśmiał - przecież jest ich tak mało! Zakpił z lekka ze swojego nadwornego spartiaty, ale ten spokojnie, poprzez chichot Króla Królów i reszty orszaku mówi: "Królu, jeśli nie będzie tak jak powiedziałem - potraktuj mnie jak kłamcę". Pamiętacie kawałek wyżej, o tym, że walka dobra ze złem wymaga byś nie był niewolnikiem? A więc, ta sama filozofia zoroastryjska była zdania, że nie można kłamać. A już kłamać królowi? W skrócie, banita ze Sparty powiedział: będą z nami walczyć, stawiam na to swoją głowę.

Herodot, pierwszy znany nam 'historyk', nazywany przez wielu Ojcem Historii… po prostu wcisnął nam (a docelowo wciskał Grekom w swoich czasach) podniosłą opowieść o obronie wolności, żeby rozbudzić coś co dzisiaj nazwalibyśmy greckim nacjonalizmem. A jako jego europejscy przodkowie, powtarzamy to wierutne kłamstwo w szkołach i uczyniliśmy z niego niemal podstawę naszej historiografii. Taki przykład tego jak bardzo narracja historyczna, niezależnie czy fałszywa czy zmanipulowana, jest nośna i ile może zrobić. Dobrego czy złego, to już zostawiam Wam do zdecydowania. Powiem Wam tylko tyle, że ja, zgodnie z wieloma innymi historykami, lubię nazywać Herodota Ojcem Kłamstw. Zaznaczę Wam jednak od razu, bo to troche wybiela Herodota, że to nie całkiem kłamstwo co… licencja filmowa - przed erą filmu. Herodot wygłaszał pierwsze wersje swoich prac w teatrze, przed publicznością, zapewne z pomocniczymi aktorami i/lub marionetkami obrazującymi wydarzenia. I to mnie naprawdę rozbawia, bo pomyślcie: jeśli taki teatrzyk był odpowiednikiem paradokumentalnego filmu akcji - to nasza historiografia i cała narracja tego okresu oparta jest o scenariusz starożytnego odpowiednika, powiedzmy, One Bridge To Far albo Saving Private Ryan. Nie wiem jak wy, ale ja teraz chichoczę…

I wiecie co? Spartiaci, ci zindoktrynowani ludzie, którzy 'kochali' Spartę, tak bardzo kochali ją, że… potrzebowali pozwolenia od władzy, by móc ją opuścić. Serio. Wiemy też, że poselstwa były bardzo pożądaną robotą dla każdego spartiaty; każdy chciał wyjechać na tydzień lub kilka, tym bardziej, że poselstwa były rzadkie (jeszcze rzadziej zezwalano na stały lub tymczasowy pobyt cudzoziemcom i stąd stosunkowo niewiele wartościowych informacji o samej Sparcie; np. w okresie spartańskiej świetności powstała jedna jedyna pozycja literacka opisującą szczegółowo ustrój spartański. Mamy ją dzięki Ksenofontowi, który był buddy-buddy z jednym królem i dzięki temu miał coś w rodzaju stałej wizy na pobyt i wysyłanie listów… btw, tak, zazwyczaj cudzoziemcy nie mogli wysyłać listów ze Sparty). A kiedy Spartiata już wyjechał poza granice ojczyzny… YOLO TIME! Chlali wino, rozcieńczając co prawda, ale wciąż w zbyt dużych ilościach, żarli za dwóch, pieprzyli każdą kobietę jak się dała, a czasem też te co nie chciały dać (czasem napastowali mężczyzn, pod tym względem byli bardzo emancypacyjni ) i wszczynali burdy jak ktoś im zwracał uwagę:
- Panie Molan Labe? Pan się kurna zachowuje, u nas się nie maca dziewuch roznoszących wino i oliwki…
- CHCESZ W RY(hyyyc!)J FAJFUSIE?!?!?!

True story, bro.

Spartiaci byli jednym z najbardziej zamordystycznych, totalitarnych i okrutnych społeczeństw swoich czasów. To prawda, że byli królami one-linerów ( MOLAN LABE! Przyjdź i weź [naszą broń]). Owszem, byli twardzi i umieli walczyć w formacji tak świetnie, że inne greckie poleis musiały to nadrabiać przez 100+ lat… ale nadrobili, podczas gdy Spartiaci gnuśnieli; coraz mniej walczyli prawdziwych wojen i przegapili coś takiego jak R&D. A musicie wiedzieć, że stosunkowo trudno przespać starożytne R&D, nowinki pojawiały się nie co roku tylko tak od święta, raz na pokolenie ktoś miał pomysł, który chwycił.

W bitwie pod Leuktrami w 371 roku p.n.e. spotkali się z falangą Tebańską i sojusznikami pod dowództwem stratega związku beockiego, Epidamnosa. Epidamnos mając kilka tysięcy mniej ludzi niż Spartiaci ze swoimi sojusznikami, postawił na manewr, który już częściowo przećwiczył w walce z innymi greckimi poleis: rozciągnął siły w centrum i na prawym skrzydle w płytkiej falandze (8 szeregów), za to umieścił swoich najlepszych hoplitów w nadzwyczaj głębokiej falandze na lewym skrzydle w formacji eszelonu (60 szeregów; szyk Spartański miał w tej bitwie, zwyczajowo, 12 szeregów). Może to zabrzmieć fantastycznie, ale to pierwszy przypadek kiedy zobaczyliśmy dokładnie taki manewr w historii wojskowości - taktyczne rozstawienie sił płytko, początkowy atak wiążący centrum i przeciwną falnkę oraz atak ze skrzydła kolumny szturmowej uszykowanej skośnie względem przeciwnika - zagarniającej formację spartan do centrum, miażdżąc ich blisko 5-krotną lokalną przewagą liczebną. Tak, historia wojskowości w starożytności wydaje się czasem zabawna - serio potrzebowali dziesiątek lat R&D, żeby dojść do tego? Związać przeciwnika, umieścić przeważające siły na flance i atak w eszelonie? To przecież brzmi jak podstawowy atak z flanki jakby go dzieciak z podstawówki narysował! Ale właśnie tak, tyle potrzebowali.

Podczas tej bitwy zginęło 700 Spartan (tych liczących się w statystyce) co w zasadzie przetraciło Sparcie kręgosłup. Brzmi dziwnie, prawda? 700 ofiar - przetrącony kręgosłup. Trochę wcześniej Sparta przetrwała niszczące trzęsienie ziemi, które odpowiadało za bardzo wiele ofiar, nawet 30%. Poza tym już od końca wojny peloponeskiej byli zmierzchającym demograficznie społeczeństwem, które przez skostniały system polityczny nie potrafiło wprowadzić żadnej znaczącej reformy w ostatnich 200 latach istnienia. BTW, wiecie jak głosowano? Otóż, zebranie ludzi krzyczało "taaaaaaa" albo "neeeeeee" podczas gdy grupa 60lvl+ starców, siedząca wewnątrz kamiennego, oddalonego budynku o grubych ścianach i licznych kolumnach podejmowała decyzję rzekomo na podstawie tego których było słychać wyraźniej. Tak serio, jeśli naprawdę nie było tam wielkiego tłumu, który zdzierał gardła to szczerze wątpię czy gerontowie mogli rozpoznać cokolwiek jako wskazówkę. Ergo, po prostu głosowali wg. własnego rozeznania politycznego, a te okrzyki i wolę hoi polloi mieli centralnie gdzieś. Wiecie co, brzmi prawie jak dzisiejszy Senat…

Także, pamiętaj kogo podziwiasz i zapamiętaj proszę też dlaczego podziwiasz, tak naprawdę. Bo Herodot CHCIAŁ byś podziwiał - morderców, tyranów i najgorszych sukinsynów. Dlaczego? Bo 'swoi'.

Źródło: Fejsowy blog Damazego Podsiadło - polecam.

 

Lista błędów poznawczych

Błędy w zachowaniu i podejmowaniu decyzji

  1. Efekt autorytetu – Argumentum ad verecundiam (łac. argument do nieśmiałości) – pozamerytoryczny sposób argumentowania polegający na powoływaniu się na jakiś autorytet, którego druga strona nie uznaje lub z którym nie zgadza się w danej kwestii, ale nie śmie go zakwestionować wskutek skrępowania poczuciem szacunku lub obawą narażenia się na zarzut zarozumiałości.
  2. Efekt czystej ekspozycji – wytworzenie pozytywnej opinii czy oceny obiektu pod wpływem samego zwiększenia liczby kontaktów z tym obiektem.
  3. Efekt izolacji – tendencja do lepszego zapamiętywania obiektów, które w jakiś sposób wyróżniają się ze środowiska.
  4. Efekt kontrastu – subiektywne zwiększenie lub zmniejszenie obserwowanych cech obiektu w zależności od porównania z wcześniej obserwowanym obiektem.
  5. Efekt niepotrzebnych informacji – tendencja do zbierania dodatkowych informacji nawet wtedy, gdy nie mogą one mieć wpływu na podejmowaną decyzję.
  6. Efekt Pollyanny – tendencja do myślenia o rzeczach przyjemnych i poszukiwania pozytywnych aspektów w każdej sytuacji, przy jednoczesnym ignorowaniu aspektów przykrych lub nieprzyjemnych.
  7. Efekt pominięcia – tendencja do oceniania szkodliwych działań jako gorsze i bardziej niemoralne niż równie szkodliwy brak działania i bezczynność.
  8. Efekt posiadania – tendencja do oceniania posiadanych rzeczy jako bardziej wartościowe niż identyczne nieposiadane.
  9. Efekt potwierdzenia – tendencja do poszukiwania wyłącznie faktów potwierdzających posiadaną opinię, a nie weryfikujących ją.
  10. Efekt przywiązania – korzystanie ze zbyt mało różnorodnych źródeł informacji.
  11. Efekt pseudopewności – tendencja do unikania ryzyka przy dążeniu do pozytywnych rezultatów, a szukania ryzyka przy dążeniu do uniknięcia analogicznych negatywnych rezultatów.
  12. Efekt skupienia – błąd w ocenie wynikający ze zwracania nadmiernej uwagi na jeden aspekt i ignorowania innych aspektów.
  13. Efekt statusu quo – tendencja do akceptowania rzeczy takich, jakimi aktualnie są.
  14. Efekt ślepej plamki – tendencja do niezauważania błędów we własnej ocenie rzeczywistości.
  15. Efekt wspierania decyzji – tendencja do lepszego pamiętania argumentów przemawiających za podjętą już decyzją niż przeciwko niej.
  16. Efekt wyniku – tendencja do oceniania decyzji na podstawie znanych później ich rezultatów, zamiast na podstawie informacji znanych w momencie podejmowania tych decyzji.
  17. Efekt wyświadczonej przysługi - tendencja do zmiany postawy na bardziej przyjazną w stosunku do osób, dla których z własnej woli zrobiło się coś dobrego.
  18. Efekt wiarygodności – ocenianie wiarygodności argumentów na podstawie zgodności wniosków z wcześniejszymi założeniami.
  19. Efekt zaprzeczania – tendencja do krytycznego weryfikowania informacji, które zaprzeczają dotychczasowym opiniom, przy jednoczesnym bezkrytycznym akceptowaniu informacji, które je potwierdzają.
  20. Efekt zerowego ryzyka – ocenianie redukcji ryzyka do zera jako bardziej wartościowej, niż wynikałoby to z wyceny samego ryzyka.
  21. Hiperboliczne obniżenie wartości – tendencja do przedkładania wcześniejszych zysków nad późniejsze tym silniej, im oba zyski są bliżej obecnej chwili.
  22. Ignorowanie prawdopodobieństwa – tendencja do ignorowania zasad rachunku prawdopodobieństwa przy podejmowaniu decyzji w niepewnych sytuacjach.
  23. Iluzja wstrząsu – tendencja do przeceniania długości lub intensywności swoich przyszłych stanów emocjonalnych.
  24. Niechęć do straty – tendencja do przykładania większego wysiłku do unikania strat niż do uzyskiwania analogicznych zysków.
  25. Racjonalizacja zakupu – tendencja do przekonywania post-factum samych siebie o wartości dokonanego zakupu.
  26. Selektywna percepcja – tendencja do zaburzania percepcji przez oczekiwania.
  27. Skrzywienie zawodowe – tendencja do oceniania rzeczy z punktu widzenia swojej profesji, z ignorowaniem szerszego punktu widzenia.
  28. Zasada podczepienia – tendencja do robienia czegoś (i wierzenia w coś) dlatego tylko, że wiele osób tak robi. Powiązany z zachowaniem stadnym i modą.
  29. Złudzenie kontroli – przekonanie o możliwości wpływania na sytuacje, na które w rzeczywistości żadnego wpływu się nie ma.
  30. Złudzenie planowania – tendencja do niedoceniania kosztów i czasu wykonania przyszłego zadania.

Błędy w przekonaniach i ocenie prawdopodobieństwa

  1. Błąd koniunkcji – tendencja do przypisywania bardziej szczegółowym warunkom większego prawdopodobieństwa niż bardziej ogólnym.
  2. Efekt antropiczny – tendencja do niezauważania wpływu sposobu obserwacji na jej wyniki statystyczne.
  3. Efekt nadrzędności przekonań – tendencja do podporządkowywania swoich opinii na różne tematy jednej konkluzji, tak aby nie zachodziły między nimi dylematy.
  4. Efekt obserwatora – nieświadome zaburzanie wyników eksperymentu przez naukowca oczekującego jakiegoś wyniku.
  5. Efekt pewności wstecznej – nazywany efektem "wiedziałem-że-tak-będzie"; ocenianie przeszłych wydarzeń jako bardziej przewidywalnych niż rzeczywiście były.
  6. Efekt polaryzacji – możliwość użycia tych samych (neutralnych) faktów do umocnienia zarówno pozytywnej, jak i negatywnej opinii na jakiś temat.
  7. Efekt przekonania – ocenianie poprawności argumentacji na podstawie zgodności konkluzji z własnymi opiniami, zamiast na podstawie faktycznej logiczności argumentów.
  8. Efekt skupienia uwagi – ignorowanie potrzeby zebrania miarodajnych danych przy badaniu występowania korelacji i powiązań.
  9. Efekt subaddytywności – tendencja do szacowania prawdopodobieństwa całości jako niższego niż prawdopodobieństwo poszczególnych części.
  10. Heurystyka dostępności – tendencja do przypisywania większego prawdopodobieństwa zdarzeniom, które wiążą się z większymi emocjami.
  11. Heurystyka zakotwiczenia – tendencja do ulegania dużemu wpływowi wiedzy, założeń lub informacji, nawet jeśli wiadomo, że są fałszywe lub niepełne.
  12. Iluzja grupowania – tendencja do zauważania wzorców lub korelacji tam, gdzie w rzeczywistości ich nie ma.
  13. Paradoks hazardzisty – zakładanie, że prawdopodobieństwo losowych zdarzeń zależy od poprzednich losowych zdarzeń ("rzucana moneta ma pamięć").
  14. Pozytywna retrospekcja – tendencja do oceniania przeszłych zdarzeń lepiej, niż się je oceniało, gdy zachodziły (zobacz: autowaloryzacja).
  15. Zaniedbywanie miarodajności – tendencja do dokonywania oceny na podstawie danych, o których wiadomo, że nie mają znaczenia statystycznego.
  16. Zasada szczyt-koniec – tendencja do oceniania doświadczeń wyłącznie na podstawie ich najsilniejszego bodźca (pozytywnego lub negatywnego) oraz efektu końcowego, z ignorowaniem intensywności i liczby pozostałych bodźców.
  17. Efekt Dunning-Krugera – zjawisko psychologiczne polegające na tym, że osoby niewykwalifikowane w jakiejś dziedzinie życia mają tendencję do przeceniania swoich umiejętności w tej dziedzinie, podczas gdy osoby wysoko wykwalifikowane mają tendencję do zaniżania oceny swoich umiejętności.

Stereotypy społeczne

  1. Błąd przypisania cech – tendencja do oceniania własnej osobowości, zachowania i humorów jako bardziej zmiennych i mniej przewidywalnych niż u innych.
  2. Efekt grupy – lepsze traktowanie ludzi, którzy przynależą do tej samej grupy co my.
  3. Efekt aureoli – tendencja do wpływania oceny jednej cechy osoby (np. urody) na ocenę innych jej cech (np. kompetencji).
  4. Efekt horoskopowy – tendencja do oceniania jako precyzyjne opisów osób/zdarzeń, które w rzeczywistości są wystarczająco ogólne, żeby odnosić się do wielu osób/zdarzeń.
  5. Złudzenie ponadprzeciętności – tendencja do zakładania przy dowolnej ocenie, że samemu jest się powyżej średniej.
  6. Efekt projekcji – tendencja do zakładania większego poparcia dla własnych poglądów i wyznawanych wartości niż faktycznie występuje.
  7. Egocentryzm – przypisywanie przy wspólnym osiągnięciu sobie większych zasług niż wynikałoby z obiektywnej oceny sytuacji.
  8. Fenomen sprawiedliwego świata – twierdzenie, że świat jest w jakiś sposób sprawiedliwy i ludzie dostają to na co zasłużyli.
  9. Iluzja asymetrycznego wglądu – tendencja do oceniania własnej wiedzy na temat innych jako głębszą i bardziej dokładną niż wiedza innych o nas.
  10. Iluzja przejrzystości – tendencja ludzi do uważania, że ich stan psychiczny jest widoczny dla innych w większym stopniu niż w rzeczywistości.
  11. Podstawowy błąd atrybucji – tendencja do tłumaczenia sukcesów i porażek innych ludzi wyłącznie ich cechami wewnętrznymi (np. charakterem), przy ignorowaniu czynników zewnętrznych (środowiska).
  12. Samospełniające się przewidywania – nieświadome wykonywanie działań doprowadzających do efektów wcześniej uznanych za najbardziej prawdopodobne.
  13. Tendencja samoobronna – tendencja do tłumaczenia własnych porażek wpływem środowiska i tłumaczenia sukcesów swoimi cechami wewnętrznymi.
  14. Efekt jednorodności grupy obcej – ocenianie członków własnej grupy jako bardziej zróżnicowanych niż członkowie innych grup.

[Źródło: Wikipedia stan: 2020.03.03]

 

M. redukcjonistyczne versus m. mnogościowe

 

 

Μαρτίνος Ιάνόφσκι
February 27 at 1:54 AM · Μαρτίνος's friends
Dzwonił do mnie znajomy lekarz sfrustrowany roszczeniową postawą swojej czcigodnej małżonki i udzielił następującej rady: Nie żeń się! Zamiast jednej żony można utrzymać kochankę, kucharkę oraz sprzątaczkę. I te trzy kobiety będą zadowolone… podczas gdy posiadanie żony wychodzi drożej i ta kobieta nigdy nie jest zadowolona.

Aleksandra Wiśniewska
Słuchajcie Panowie, są fajne kobiety, spójrzcie na swoje Mamy i swoje siostry , a także kuzynki. Różnorodność postaw jest widoczna w przypadku płci pięknej, ale też w przypadku panów nie ma samych ideałów. Akurat ja mam idealnego Tatę MAM, super Dziadków /choć oni są już tylko we wspomnieniach/, genialne wzory męskie w rodzinie i mam super męża, ale wiem, że wiele kobiet tak nie ma, a często ma odwrotnie. Na każdy przypadek trzeba patrzeć indywidualnie, a związek, samo słowo wskazuje to dwoje ludzi, którzy są różni, z różnych środowisk, mają różne wzorce, różne oczekiwania, nie da się każdemu stworzyć tej idealnej wspólnoty. Ludzie muszą się dotrzeć, walczyć o siebie, iść na kompromisy. Każdy z małżonków. A jak sypie się coś, to często wynik tego, że coś nie działa, coś na linii równowagi, oczekiwań wzajemnych czy wzorców. Proszę tak nie krytykować wszystkich pań, bo ja uważam, że wiele jest bardzo wartościowych kobiet. Poza tym, to matki wychowują synów, ojcowie córki,to pierwsze wzorce dla dzieci, zatem to, że są określone zachowania, oczekiwania, to nie jest dzieło przypadku, owszem media robią swoje, ale jak dwoje ludzi się kocha, to mogą wiele wypracować. Naprawdę da się.

 

Jak postrzegamy

Właśnie kilka dni temu opracowałem w słowniku dwa pojęcia: Postrzeganie i Schemat Postrzegania. I jakimś nieokreślonym zbiegiem okoliczności w internecie natrafiłem na świetną tego ilustrację. Niestety związaną z moją skromną osobą…

W rozmowie z Krzysztofem Karoniem na temat wychowywania młodych ludzi powiedziałem co następuje:

Od momentu gdy moje dzieci zaczęły już co nieco rozumieć mówiłem im tak: są trzy najważniejsze rzeczy w życiu: sport, języki obce i matematyka. Jak te trzy rzeczy będziecie robili na wysokim poziomie to z resztą sobie poradzicie albo się douczycie.

Jakież było moje zaskoczenie, gdy zauważyłem w komentarzach, że niejaka "Hildegarda Minderbinder" odebrała to tak:

Reasumując, to 3 recepty pana Kubania na kulturowe wychowanie to:
   1: matematyka - no bo mamona, mamona i jeszcze raz mamona - trzeba umieć liczyć
   2: sport - tężyzna fizyczna jest niezbędna w przepychaniu się do globalnego żłobu
   3: języki obce - no bo multi kulti
Szczęka opada.

Mnie też opadła, że tak to można było odebrać, a w zasadzie, że ta Hildegarda widzi to tylko tak.

  1. matematyka - bo to królowa nauk, to ona jest kluczem do zrozumienia wszystkiego i oczywiście do liczenia pieniędzy też. Nie podejrzewam jednak, że Hildegarda nie liczy pieniędzy tylko je rozdaje na lewo i prawo.
  2. sport - bo uczy życia, bo w sporcie poznaje się od czego zależy sukces oraz jego ulotność. Sport oprócz bardzo wielu zalet dydaktycznych uczy w praktyce wielce teoretycznej matematycznej teorii gier.
  3. języki obce - nie multi kulti, ale poznawanie spojrzenia innych, dostęp do różnych definiensów tego samego definiendum.
  4. historia - też jest ważna, by wyłapywać prawidłowości w występowaniu procesów społecznych i analizować je matematycznym umysłem. A wszystko to po to, by nie dawać się robić w przysłowiowe "bambuko".

 

Jak wychować alpinistę

Jak zwykle inspirujące spotkanie z Jackiem tryskającym optymizmem, realizmem i energią życiową. Można się tym nawet od niego zarazić :). Tak sobie rozmawialiśmy o wychowywaniu młodych ludzi i Jacek podał świetny przykład:

Pomagając komuś zostać alpinistą, zrobisz mu krzywdę wysadzając go ze śmigłowca na szczycie Everestu. W ten sposób na pewno nie zostanie alpinistą, natomiast na pewno zabije się w zejściu.

Pomoc musi być mądra. Czasami niektórym ludziom można pomóc… nie pomagając.

Więcej na ten temat w słowniku pod hasłem Życzliwe zaniedbanie

 

Szczepionki versus Twórcza destrukcja

Bardzo wyważone wypowiedzi naukowców na temat szczepionek. Nie są one w 100% bezpieczne. W ich opracowywaniu i stosowaniu mamy do czynienia z dwoma rodzajami dylematów:

  1. dylematem populacyjnym - Coś co pomaga dużej liczbie osobników, może być szkodliwe dla kilku. I powstaje pytanie czy to coś można stosować powszechnie, zakładając, że nie dysponujemy narzędziami, które pozwalaja określić komu to coś szkodzi, a komu nie.
  2. dylematem celów krótko- i długoterminowych - czy stosować coś co nam pomaga na krótką metę, a szkodzi na dłuższą?

Ponieważ, co jest zrozumiałe, robimy wszystko, stosując opiekę medyczną, by wyeliminować mechanizm Twórczej destrukcji to niestety koszty zwiazane z obsługą przeżywalności stale rosną. A gdy przekroczą poziom możliwy do ich ponoszenia, będziemy mieli do czynienia z ogromnym wzrostem śmiertelności i być może utratą, jak głosi Hipoteza S-Nastu naturalnej możliwości reprodukcji.

 

Straszenie jako metoda

Pierwsza lepsza grafika strasząca zmianami klimatu

Był początek lat 70-tych XX wieku. Uczyłem sie wtedy w zwykłej radzieckiej szkole podstawowej nr 213 w Moskwie - stolicy największego co od powierzchni kraju Świata Związku Radzieckiego. W 4 albo 5 klasie dowiedziałem się, że wybitni naukowcy uważają już niedługo, bo za około 20 lat wyczerpią się zapasy ropy naftowej…

Dramat. Jako dzieciaki byliśmy przygnębieni, ale… mieliśmy zaufanie do najwyższych władz Związku Radzieckiego, a moi rosyjscy rówieśnicy uważali te władze za władze prawie światowe, że sobie z tym problemem poradzą. Tacy przecież byli mądrzy i tak przecież troszczyli się o nasze dobro.

Upłynęło te 20 lat i zawalił się Związek Radziecki, runął nie z powodu zmian klimatycznych, lecz z powodu niekompetentnych rządów sprawowanych przez tych "mądrych i troszczących się o nasz dobro". Mieli pełnię władzy, deklarowali dobre chęci, ale Związek Radziecki rozsypał się jak domek z kart. Zresztą klika innych krajów też.

Szkoła uczy nas bezgranicznego zaufania do naukowców. Dowodem na to są ci, którym zawdzięczamy postęp, jak na przykład: Kopernik, Galileusz, Newton, Pasteur, Skłodowska, Mendelejew, Oppenheimer. Co by "naukowcy" nie powiedzieli musi być prawdziwe, bo przecież Kopernik, Galileusz, Newton… A przecież naukowcy to też ludzie i tylko niektórzy z nich pracują z zaangażowaniem i tylko nieliczni z tych zaangażowanych rzeczywiście przyczyniają się do postępu.

Na portalu wpolityce.pl ukazał się artykuł Aleksandry Rybińskiej z znamiennym tytule "Nie takimi katastrofami nas już straszono". Streszczę go, bo jest ponadczasowy, a za klika lat może zniknąć z tego portalu.

Ekologiczna histeria ma długą tradycję. […] Zanim nastała Greta Thunberg były demonstracje „Fridays for Future”, strajki klimatyczne i kolektyw „Extinction Rebellion”, była dziura ozonowa, przeludnienie, wyczerpanie surowców i umieranie lasów. W 2009 r. Al. Gore zapowiedział, że najpóźniej do 2016 r. zniknie biegun północny i został za to nagrodzony Nagrodą Nobla. Wcześniej miały zatonąć Malediwy. I co? I nic. My też wciąż jesteśmy, choć niemiecki brukowiec „Bild” w 2007 r. ostrzegał, że „mamy już tylko 13 lat by uratować ziemię” i zalecał Niemcom, by zamiast na Majorce spędzali urlop w kraju by zmniejszyć ślad węglowy. Eksperci straszyli nas przez ostatnie kilkadziesiąt lat zagładą, a to, że ich prognozy się nie spełniły jakoś nie zmniejszyło popytu na nie. Oto małe zestawienie, taka suma „wszystkich” strachów:

 

  1. Umieranie lasów:

    W latach 80 XX wieku los niemieckich lasów wydawał się przesądzony. Miał je zniszczyć kwaśny deszcz. „Pierwsze lasy umrą już w przeciągu najbliższych pięciu lat. Są nie do odratowania” – prognozował w 1981 r. prof. Bernhard Ulrich z Getyngi. „Die Zeit” przekonywało, że „chyba nikt nie może dziś wątpić w ogrom tej tragedii”. W „Spieglu” można było przeczytać, że Niemcy czeka „ekologiczna Hiroszima”. Dziesiątki tysięcy ludzi wychodziło dzień w dzień na ulice protestować pod hasłem: najpierw umierają lasy, potem ludzie.

    Upłynęło 20 lat i w 2003 r. minister rolnictwa z ramienia Zielonych Renate Künast ogłosiła, że „trend został odwrócony”, bo w Europie lasów jest coraz więcej a nie mniej. Ekolodzy uważają oczywiście, że histeria była uzasadniona, ale eksperci są innego zdania. Według nich lasy świetnie radzą sobie z kwaśną ziemią i w latach 80-tych „wymarło gdzieniegdzie najwyżej kilka procent nowego drzewostanu”.

  2. Wyczerpanie się surowców:

    W 1972 r. Klub Rzymski opublikował raport pod tytułem „Granice Wzrostu” (The Limits to Growth). W nim eksperci, naukowcy i intelektualiści (z Dennisem Meadowsem na czele) prognozowali koniec surowców na ziemi, a w konsekwencji masowe klęski głodu. Do 2072 r. wszystkie surowce miały się skończyć, a ludność wzrosnąć do 15 miliardów. Autorzy raportu prognozowali nawet ceny ropy za sto lat, lecz nie uwzględnili tego, że pojawią się nowe technologie zmniejszające zużycie enerii. Tak, jakby się zafiksowali na jednej stronie madalu [przyp. JF].

  3. Przeludnienie

    Paul Ehrlich opublikował w 1968 r. neo-maltuzjański bestseller pod tytułem „The Population Bomb” (Eksplozja Ludności) w której przekonywał, że połowa ludności umrze z głodu w najbliższych dekadach bo skończą się zasoby. W latach 70 był to obok wojny atomowej najpopularniejszy scenariusz rodem z horrorów, którym straszono dzieci. Prognozowano, że w Azji klęska głodu rozpocznie się już w latach 80 i potrwa do 2010 r. A „umrze tam co najmniej miliard ludzi”. Dennis Meadows z Klubu Rzymskiego wręcz twierdził, że „w Indiach i innych dotkniętych regionach będą odgrywały się dantejskie sceny”. Trup będzie się ścielił gęsto. Dziś ludność ziemi wynosi 7.7 mld a jej wzrost znacznie zwolnił, szczególnie na Zachodzie. Zamiast o przeludnieniu mówi się dziś o zatrzymaniu wzrostu ludności w 2050 r. – gdzieś w granicach 10 mld. W 2013 r. OZN wydał nawet raport z którego wynika, że problemem w przyszłości będzie nie przeludnienie ale zbyt duży spadek ludności.

  4. Wymieranie gatunków

    Lata 80-te były – obok histerii wokół lasów – także okresem straszenia wyginięciem gatunków. Flory i fauny. Połowa istniejących wówczas gatunków (ok. 2 mln) miała wymrzeć „najpóźniej do 2000 roku”. Inni mówili o 60 tys. gatunków rocznie. Zatrważający scenariusz, który nie nastąpił. Inaczej nie byłoby na ziemi już nic, ani jednego ssaka, owada ani rośliny. W mediach temat jest mimo tego wciąż obecny. A ekolodzy dalej zbijają na nim kapitał.

  5. Dziura ozonowa

    W 1974 r. amerykańscy fizycy Mario J. Molina i Frank Sherwood Rowland przedstawili w piśmie „Nature” wyniki swoich badań, z których wynikało że gromadzenie się trudno rozkładalnych freonów w atmosferze doprowadzi do znacznego spadku stężenia ozonu na całym świecie. Ozonu, który chroni nas przed promieniami UV. Rozpoczęło się coroczne badanie dziury ozonowej nad Antarktydą, a ta stawała się coraz większa. W gazetach można było więc przeczytać, że czeka nas epidemia suszy, raka skóry i chorób oczu. We „Frankfurter Allgemeine Zeitung” była nawet mowa o „milionach dodatkowych zgonów” (1992 r.). Dziś mało kto pamięta już o dziurze ozonowej, może dlatego, że jest ona dziś mniejsza niż kiedykolwiek.

  6. A teraz mamy klimat

    W latach 70-tych była mowa o ochłodzeniu, wręcz o nowej epoce lodowcowej. Badacz klimatu Stephen Schneider przewidywał wówczas, że zanieczyszczenie powietrza schłodzi temperatury na ziemi o 3 stopnie Celsjusza. W 1989 roku prognozowano, że do 2000 roku całe narody znikną z powierzchni ziemi. Tym razem z powodu ocieplenia. Tak się nie stało, w zimie wciąż jest zimno, a latem ciepło, ale mamy przecież nowe prognozy. Jedni mówią, że mamy jeszcze 10 lat, inni, że 15. Potem wszyscy zginiemy. A kto nie lubi się bać?

Naukowcy…, no właśnie, czy nasza w nich wiara nie jest przypadkiem na wyrost? Zasiadają w najróżniejszych komisjach, jeżdżą za darmo na różne bezwartościowe konferencje organizowane na rajskich wyspach i dostają mnóstwo nagród i premii. Ci ludzie mają zbyt wiele do stracenia, żeby pozwolić sobie na dociekanie do prawdy. A może nie chodzi o żadną prawdę, tylko o ubraną w „naukowy” kostium propagandę?

Popatrzmy na Al'a Gore'a, niczego nie przewidział, ale sporo zarobił. Naukowcy to też ludzie i zgodnie z Pierwszym Prawem Fizyki Życia robią to za co dostają pieniądze. A w obszarach, w których można zarobić więcej, starają się bardziej. Oprócz Skłodowskiej i Galileusza byli też Łysenko i Fleischmann, ale o nich dużo się nie mówi, może właśnie by nie podważać tezy o nieomylności naukowców.

W 1989 roku Martin Fleischmann i Stanley Pons ogłosili, że wynaleźli prostą metodę wykonania zimnej fuzji atomów deuteru. Opanowanie tej fuzji dałoby ludzkości nieograniczony i praktycznie bezkosztowy dostęp do energii - tak pisała prasa popularnonaukowa. Natychmiast pojawiły się entuzjastyczne recenzje, a kilka laboratoriów ogłosiło, że im też udało się takową fuzję przeprowadzić. Jednak po pewnym czasie okazało się że w kilkudziesięciu ośrodkach naukowych na świecie nie udało się zimnej fuzji powtórzyć. W końcu doniesienie uznano za mistyfikację [Źródło Wikipedia stan 2020.01.05].

Jednak my całe to zajście możemy potraktować w charakterze eksperymentu przeprowadzonego na naukowcach. "Pojawiło się kilka osrodków, które potwierdziły, że im też udało się przeprowadzić opisany przez Fleischmann'a i Pons'a eksperyment" - pracujący w nich naukowcy chcieli zapewne i sobie przypisać część splendoru. Całe szczęście, że można to było zweryfikować. No ale w przypadku prognoz zmian klimatu i demografii taka weryfikacja jest niemożliwa - można zatem pleść niestworzone androny. Jeśli jeszcze te androny podleje się sosem troski o przyszłe pokolenia, to na prawdę nie trudząc się zbytnio można wypichcić niezły medialny pasztet, pojeździć po świecie i jeszcze nieźle na tym zarobić.